środa, 29 maja 2019

Streitbar - 46.

Z samego rana zjawiłem się w domu Hercherów. Z racji posiadania klucza od ich domu (kiedyś tam dostałem go od Philippa, który przy procedurze przekazywania powiedział, że to „na przyszłość ”, co chyba to nadeszło teraz) żadne z nich nie wiedziało o mojej obecności. Nie wiem, jakie magiczne siły we mnie wstąpiły i sprawiły, że rześki wstałem z łózka kilka minut po siódmej, ekspresem się ogarnąłem i zdążyłem wpaść do sklepu po świeże pieczywo. Zero śniadania, zero kawy, wypełniała mnie dziwna motywacja, która skutecznie zastępowała mi jedzenie i picie (na razie).
Od kiedy wróciła moja „stara”, szalejąca za mną Chloe miałem dodatkowy doping, aby starać się na każdy możliwy sposób zrekompensować jej swoją głupotę. Nigdy czegoś takiego nie robiłem, więc imałem się dosłownie każdej okazji, dlatego niemalże dokonałem „włamania” i obecnie stałem przy kuchni i udawałem, że gotuję.
Moritz ostatnio przedstawił mi arcyciekawy plan, który postanowiłem wdrożyć w życie. Nie mówił mi o śniadaniu do łóżka, ani tym bardziej o eskapadzie – przedstawił mi plan randki idealnej. Tak przynajmniej mnie zapewniał, tłumacząc mi, co powinienem zrobić w danym momencie. Ja się nie znam, nigdy nie randkowałem. Ale dla niej – jeśli koncepcja przyjaciela okaże się strzałem w dziesiątkę – porzucę swoje dotychczasowe postulaty i będę zabierał na takie wyjścia jak najczęściej się da.
- Naprawdę nie masz swojego mieszkania? - usłyszałem donośny jęk przyjaciela na „dzień dobry”. Przez chwilę go ignorowałem, kończąc przygotowania śniadania dla ukochanej. Wyłączyłem płytę indukcyjną i nastawiłem toster, po czym odwróciłem się do niego przodem.
Wbrew pozorom Phila cieszyła obecna sytuacja – Mo faktycznie miał rację, że zadowoli się tym, że to ja, a nie żaden „typ spod ciemnej gwiazdy”, jak to mawiał Leites, usidlił jego siostrzyczkę. Powinienem częściej słuchać się Moritza, o wiele lepiej bym na tym wyszedł.
- A w nim nie jestem? - odparłem na zaczepkę, udając zaskoczenie. Przebywałem tu tyle czasu, że niewiele brakowało, a pozaznaczałbym swój teren ciuchami, jak u siebie. Chociaż Chloe ostatnio znalazła moją koszulkę i skarpetki w swojej szafie. Nawet nie wiem, jakim cudem te drugie się tam znalazły, koszulkę pewnie zabrała mi przy jakiejś tam okazji.
Philipp puścił moje pytanie mimo uszu.
- Philipp, co już krzyczysz z samego rana? - rzuciła zaspana Chloe, która leniwie rozejrzała się po pomieszczeniu, przecierając zaspane oczka. - Ojejku, Ivi, nie wróciłeś do siebie na noc?
To pytanie wywołało w Philippie powrót jego zaborczej natury. Gdy szedł spać, oboje byliśmy jeszcze na dole, później przeszliśmy na piętro, aby z dala od jego oka, i ucha, oddać się przyjemnościom. Jednak gdy tylko Chloe zasnęła, wróciłem do siebie, aby uniknąć ewentualnej nocnej niespodzianki w postaci „pomylenia drzwi od pokoju” po powrocie z wizyty w toalecie, choć łazienkę ma u siebie.
Philipp nigdy mi tego nie powiedział, jednak byłem świadomy, że ma swoje niemówione granice, za których przekroczenie raptownie zakończyłbym swój żywot. Myślę jednak, że nie miał się czego martwić, nie zamierzałem ich zbyt szybko przekroczyć – obecne położenie było czymś o wiele lepszym od szybkiego numerka i innych seksualnych uniesień.
- Wracaj do łóżka, zaraz przyjdę - zabrzmiało to o wiele bardziej dwuznacznie, niż powinno. Nie zwracałem uwagi na coraz bardziej zdenerwowanego Philippa, a Chloe bez większych protestów opuściła kuchnię, pozostawiając mnie samego ze swoim bratem. Chyba popełniłem błąd, każąc jej wrócić do siebie.
Dzielnie obserwowałem brata swojej dziewczyny, który pełen złości domagał się wyjaśnień. Nie miałem na dobrą sprawę z czego się tłumaczyć – w żadnym aspekcie nie przekroczyłem wcześniej wspomnianej linii bezpieczeństwa, Chloe nadal była przeze mnie nietknięta, czego już nie musiał wiedzieć. Nie chciałbym, aby moja siostra ładowała mi się w sprawy łóżkowe (co z tego, że one obecnie niemalże nie istnieją?).
Odwróciłem się do niego z powrotem plecami, czułem, jak wwierca swój zdenerwowany wzrok we mnie. Prychnąłem pod nosem, przekładając schłodzoną jajecznicę na talerz, do której dosypałem pokrojone wcześniej pomidorki i położyłem tosty, które już dawno przygotowały się w tosterze. Gotowy posiłek położyłem na tackę, na której już znajdowały się potrzebne sztućce i szklanka z sokiem jabłkowym, który uwielbiała Chloe.
- Spałem u siebie, przestań dramatyzować - burknąłem, gdy przechodziłem obok kumpla, pozostawiając go samego. Momentami naprawdę miałem go dosyć, a ta chwila nastała chociażby teraz. Zachowywał się, jakby Chloe była nietykalną, a gdyby mógł, wpakowałby do szklanej skrzynki, aby mógł trzymać z dala od wszystkich. Nawet ode mnie. Nie wpadł na to, że namiętność i czułości to coś normalnego?
Dobra, dość. Mam teraz gdzieś to, co mówi, co myśli. Za długo przejmowałem się tym, co doprowadziło do wiadomych wydarzeń.
- Moja wyżerka! - pisnęła Chloe, na co spotkała się z moją miną pełną (udawanego) rozczarowania. W tej kwestii również dobrze się dobraliśmy – oboje lubimy dobrze (i porządnie) zjeść, czego po niej nie widać. Jej ciało jest idealnie zbudowane, wygląda o wiele bardziej apetycznie, niźli najpiękniejsze modelki. Prócz tego oboje też umiemy zrobić to dobre jedzenie samodzielnie, co dawało kolejne profity.
Oparłem się o zamknięte drzwi i czekałem, aż się poprawi. Zamiast tego nieprzerwanie widziałem banana na jej twarzy i zapraszające gesty, na które pozostawałem bierny, co wywoływało w niej pozorną irytację.
- No dobrze. Moje kochanie! - powiedziała jakby od niechcenia, nadal zapraszając mnie do siebie. Tym razem jej odpuściłem, sprawnie przechodząc przez cały pokój. Przysiadłem obok niej, cmokając  w szyję. Uczepiła jedną z dłoni w moich włosach, odwracając głowę. Chwilę potem już miażdżyła moje usta w powitalnym buziaku.
- Uznajmy, że Ci wybaczam - mruknąłem, gdy odsunęła się ode mnie. Nadąsała się, aby po chwili znów mnie całować. Schwyciła moje policzki w swoje dłonie, jednocześnie torując językiem drogę do mojego gardła. Zacisnąłem dłonie na tacce z jedzeniem dla Chloe, aby o nim nie zapomnieć i teraz się na nią nie rzucić. Ogólnie nie chciałem się z nią kochać, nie czułem takiej potrzeby, jednak takie impulsy sprawiały, że moje zdanie momentalnie się zmieniało
- Teraz już w stu procentach mi wybaczysz? - wymruczała, jeszcze przez chwilę dotykając moich ust swoimi.
- Wybaczę, gdy dasz mi się uprowadzić na dzisiejszy wieczór. Co Ty na to? - udała, że się zastanawia, przygryzając wargę. Sam z chęcią bym to uczynił, choć, nie powiem, wyglądała jeszcze seksowniej niż zawsze.
- Nie będę myślała na pusty żołądek! - gwałtownie wróciła na ziemię, przechwytując plastikową paterę. Wywróciłem oczami, osuwając się na materac. Chloe skomentowała to donośnym śmiechem, który szybko przerwała, przechodząc do pałaszowania.
Tyle czasu spędziłem (i spędzam) na przyglądaniu się jej, jednak twierdzę, że nigdy nie nasycę swojego wzroku jej widokiem. Promieniuje taką energią, taką radością... To takie piękne. Ona jest piękna. Każdy milimetr jej ciała jest piękny. Każdy milimetr jej ciała jest mój... tylko i wyłącznie mój.
- Już się napatrzyłeś? - spytała, kładąc się obok mnie. Zatracałem się w niej tak bardzo, że chwilami traciłem kontakt z rzeczywistością.
- Już się namyśliłaś? - odpowiedziałem jej pytaniem, na co pokręciła głową, chichocząc. Położyła dłoń na moim policzku, delikatnie przejeżdżając po nim palcami.
- Co planujesz?
- Czy pod chęcią uprowadzenia Cię musi ukrywać się jakiś plan? - spojrzała na mnie pobłażliwie. - Będę o osiemnastej. I mam małą prośbę: ubierz sukienkę - cmoknąłem  w usta, po czym przyciągnąłem do siebie.

czwartek, 2 maja 2019

Mama - 45.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, jak to wszystko mogłoby wyglądać, jeśli kiedykolwiek miałem  stracić. Jestem jednak święcie przekonany, że moje wyobrażenia nijak miałyby się do tego, jak to było w rzeczywistości. Na szczęście, miejmy nadzieję, jest to już przeszłość, która nigdy nie wróci. Nie zniósłbym tego drugi raz.
Ta pustka, ten ból... Nie, tego nie dało opisać się żadnymi słowami. Wiem jednak jedno – nigdy nie przeżywałem czegoś takiego z kimkolwiek. Nigdy przenigdy. Obym więcej nie musiał się z tym mierzyć, nikomu tego nie życzę.
Przy niej stałem się kimś kompletnie innym – wystarczyło krótkie spojrzenie na nią, abym wiedział, że coś się z nią lub jej działo, albo po prostu była szczęśliwa. Zresztą nawet nie musiałem tego robić, bo czułem to samo, co ona. Teraz też tak było: nadal doznawałem niepewności, która w niej była. Wiedziałem (i widziałem), że próbowała ją maskować. Gdybym jej nie znał, myślałbym, że wszystko jest dobrze, świetnie grała swoją rolę.
Była szczęśliwa, jednak czaił się w niej cień niepokoju. We mnie zresztą również, bałem się, to wszystko mogło rozsypać się w każdej chwili.
Philippowi chwilami naprawdę ciężko było pogodzić się z nową sytuacją, z jaką przyszło mu się mierzyć. Kiedykolwiek mógł się spodziewać tego, że „zaopiekuję” się jego małą siostrzyczką? Jednak nie można było odmówić mu tego, że próbował się z tym pogodzić. Owszem, zdarzało mu się patrzeć na mnie nieprzychylnie, gdy całowałem, czy przytulałem... Były to jednak pojedyncze przypadki, mając na uwadze, że spędzaliśmy razem dużo czasu. Cieszyło go to, że Chloe w końcu była szczęśliwa i nie musiała ukrywać się z tym, co było jego powodem. Mnie również to cieszyło, szczególnie wtedy, gdy widziałem spojrzenia typków, którzy z chęcią wzięliby w obroty. Ale, no cóż, nie mogli. W końcu każdy to widział.
Minioną noc spędziła u mnie. Philowi powiedziała – zresztą jak zawsze – że idzie do swojej przyjaciółki, chociaż ostatnio coś się domyślał, że to najzwyklejszy fortel. Nie reagował, bo wierzył, że nic „złego” się nie działo. Niekiedy zdarzało mu się dobrze myśleć.
Tym bardziej nie miał się czego bać z racji, że... „dumnie” wkraczałem w dwudziesty czwarty rok życia. Znaczy się miałem urodziny. Chwilę po północy wręczyła mi niewielkie pudełko, zapakowane w fikuśny, urodzinowy papier, oraz babkę z wbitą dwójką i trójką z wosku. Była o wiele bardziej przygotowana, niż ja! Więc dlatego prosiła, żebym uważał na torbę, którą taszczyłem od auta do mieszkania...
Prezentu nie odpakowałem, bowiem nie czułem takiej potrzeby. Mój prezent spędził tę noc u mego boku, wtulony we mnie niemal cały czas.
Wieczorem miał odbyć się jeden z ostatnich meczów sparingowych przed rozpoczęciem kolejnego sezonu... 2. Bundesligi. Wierząc Schwartzowi (co w sumie robiłem) miałem jakieś szanse na to, aby powąchać profesjonalnego futbolu nie tylko z wysokości trybun, czy ławki rezerwowych, jak to było w sezonie 14/15, gdy Valérien Ismaël dwa razy umieszczał mnie w kadrze meczowej. Nie marzyłem o przebiciu się na stałe do wyjściowej jedenastki, jednak liczyłem, że uda mi się złapać choć parę minut. Może udałoby mi się przykuć uwagę klubu z ligi, a nawet i wyżej? Już wystarczająco długo siedziałem w regionalnej, wręcz się w niej dusiłem.
Chwilę po urodzinowym śniadaniu, na które zjadłem jajka sadzone z boczkiem na chrupiącej tortilli posmarowanej pastą z fasoli, z salsą pomidorową i awokado – znaczy się jajka po ranczersku, jak to tłumaczyła Chloe – spotkała mnie, w sumie to nas, spora niespodzianka.
Na szczęście oboje byliśmy kompletnie ubrani, czyści i pachnący (zero wspólnego prysznica, to nie ten etap relacji i rekonwalescencji po ciężkim urazie w niej), gdy po drugiej stronie drzwi stanęli moi rodzice. Jak wcześniej wręcz chciałem, żeby poznali... To teraz zwątpiłem, to chyba nie był jeszcze ten moment.
- Mamo? Tato? - podrapałem się po szyi, machinalnie przesuwając się do ściany, aby przeszli do środka. Tata w dłoniach trzymał smakowicie wyglądający torcik, a mama rzuciła się mi na szyję, przypadkiem uderzając torebką o moje plecy. Albo miała w niej chyba kamienie, albo cegły, bo trochę to zabolało.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie! - pisnęła radośnie, a ojciec jej zawtórował, oczywiście nie piszcząc jak dziewczynka. Poczułem się głupio, naprawdę nie lubiłem tego dnia. Jego jedynym plusem było to, że można sobie wypić bez większych konsekwencji. I to wszystko.
- Dziękuję, ale nie musieliście przyjeżdżać... - zacząłem się jąkać. No nie musieli, to fakt, zresztą sam niedawno u nich byłem. Ale to było jeszcze wtedy, gdy było źle...
- Właśnie, że musieliśmy - odparła stanowczo Maria. - Szczególnie mając na uwadze to, że ostatnio nie było z Tobą za dobrze...
- Ale teraz już jest - spojrzała na mnie z pobłażaniem. - Naprawdę. Jeśli mnie puścisz, to Ci udowodnię, że wszystko jest już w porządku.
Niepewnie to uczyniła, a ja momentalnie pognałem do salonu, gdzie na kanapie półleżała Chloe, trzymająca w dłoniach telefon. Jej wzrok nieprzerwanie spoczywał na przejściu z salonu do korytarza, w którym się znajdowałem wraz z rodzicami.
- Wstawaj, kochanie, mamy gości - wyciągnąłem do niej ręce, podnosząc z sofy. Czułem, że się stresowała, niemal tak samo jak wtedy, gdy pytałem się jej o to, czy chciałaby ich poznać. Cóż, tym razem nie miała wyboru, rodzice czaili się już u progu pomieszczenia. Jak dobrze, że mama opierała się o tatę, bo prawie zasłabła na widok, jaki gościł przed jej oczami. Tak jakby pokazałem jej na zdjęciach moje największe szczęście... Nie mówiąc, że udało się zapanować nad sytuacją.
- Mamo, tato, to Chloe - powiedziałem dumnie, trzymając jej dłonie w swoich. Przeszliśmy bliżej nich. - Słońce, to Maria i Mato, moi rodzice.
Zapadła długa, niezamącana przez nikogo cisza. Moja mama nie dowierzała swoim oczom, tata podobnie. Nie dziwiłem im się. Nie mogli wyjść z szoku, że udało nam się przez to przejść, przez coś, co – według mamy – w większości przypadków jest nie do przejścia... Zdarzy się, że dzieją się rzeczy niemożliwe, nieprawdaż?
Puściłem Chloe, widząc mamę zbierającą się do nas. Delikatnie wzięła jej dłonie w swoje, szeroko się uśmiechając. Czy ja dobrze widziałem, że w oczach rodzicielki kłębiły się łzy?
- Musisz wybaczyć za mojego syna, Chloe - zaczęła, a mnie ogarnęło zażenowanie. Mamo, proszę Cię... - Niekiedy go ponosi i zachowuje się jak dzieciak, ale gdy się zakocha...
- Mamo...
- Cicho, z Tobą nie rozmawiam! - tata się zaśmiał, a mi nie pozostało nic, jak tylko tego słuchać i pogodzić się z reprymendą.
- To na czym skończyłam, kochanie? - wiedziałem! Chloe swoją słodyczą pochłonęła ją tak samo, jak i mnie. Nie mogła się na nią napatrzeć, tato zresztą tak samo. Oniemiał dokładnie tak, jak ja, gdy tylko pierwszy raz ujrzałem.
- Na tym, że Ivan to mentalne dziecko - wywróciłem oczami, udając irytację, w odpowiedzi otrzymując śmiech trójki najważniejszych dla mnie osób.
- Dziękuję - na chwilę przycichła. W międzyczasie wzięła głębszy wdech, a ja przygotowałem się na kolejną porcję wstydu. - Ale od kiedy zjawiłaś się w jego życiu, widzę, że w końcu jest szczęśliwy. Choć nie zawsze tak było.
Dziewczyna smutno westchnęła, przez chwilę mi się przyglądając.
Obiecuję, od teraz będzie już szczęśliwie, dopilnuję tego nade wszystko.


piątek, 19 kwietnia 2019

Unglaublich - 44.

Kolejny dzień przyniósł ten cud, na który czekałem cholerne dwadzieścia trzy dni.
Dwadzieścia trzy...
Tyle czasu minęło od tamtej nocy. Z jednej strony niecierpliwie tego oczekiwałem, z drugiej dziwiło mnie to, że... nadeszło to tak szybko. Myślałem, że będzie trwało to dłużej, choć – co jest oczywiste – liczyłem, że moja katorga skończy się jak najszybciej. Te tygodnie mijały zastraszająco i przerażająco wolno.
Jednak do rzeczy: Moritz w okolicach południa wysłał mi SMSa, który zawierał dwa najważniejsze dla mnie słowa.
„Mam .”
Jezu, tak bardzo na to czekałem. Gdy odbierałem tę wiadomość, myślałem, że pisnę z ogarniającej mnie radości. Jednak byłem w miejscu publicznym i chciałem oszczędzić sobie zszargania opinii pośród ludzi, szczególnie wtedy, gdy zaczęto zwracać na mnie uwagę jak na piłkarza.
W moim tunelu ponownie zjawiła się nadzieja. Tym razem płonęła żywym ogniem, nie tylko się żarzyła. Mój Boże, nareszcie to się działo. Z niecierpliwością czekałem na rozwój sytuacji, siedząc u siebie, jak na szpilkach.
Chciałem tam być, najlepiej to chciałem już mieć w swoich ramionach. Chciałem usłyszeć, że ta przeszkoda jest już za nami, że już na zawsze będzie przy mnie. Że będzie do końca, a nawet i dłużej.
Chwilę po tych dwóch słowach otrzymałem również nakaz, a raczej zakaz: Mo pisał, żebym nawet nie kwapił się zbliżać do samochodu, czy myśleć o wyjściu z domu, bo bez zawahania zabije mnie na odległość. Tak też musiałem czekać jak głupi na kolejne wiadomości.
Te oczekiwania się przedłużały. Z nudów zmówiłem się z Nono na wspólne granie, na którym i tak nie byłem w stanie się skupić. Tak bardzo chciałem już cokolwiek wiedzieć...
Gdzieś przed dwudziestą zadzwonił. Odbierałem połączenie trzęsącą się dłonią.
~ Ty mi się nigdy nie odwdzięczysz za to, co dla Ciebie robię ~ usłyszałem na „dobry wieczór” od kumpla. Triumfalnie syknąłem – wiedziałem, co kryje się pod tymi słowami.
- Kocham Cię, wiesz? Gdzie jest? Możesz podać do telefonu? - zniecierpliwiony zasypałem go pytaniami. Chciałem wiedzieć wszystko, najlepiej teraz.
~ Wróciła do Bartscha ~ momentalnie się we mnie zagotowało, a atmosferę podjudził nadeszły SMS. Od niego. Myślałem, że wyjdę z siebie i go zapierdolę przez ten telefon.
Henrik Bartsch: Twoja kurewka jednak daje Ci drugą szansę. triumfujesz, jestem w szoku.
- Który właśnie do mnie napisał - cisza po drugiej stronie sygnalizowała, że przyjaciel domagał się wyjaśnień. Z zaciśniętymi zębami ponownie odczytałem wiadomość napisaną przez niego.
~ Uspokój się, Ivan, to nie jest warte świeczki ~ Leites próbował załagodzić sytuację. Cóż, szło to w drugą stronę.
- Pozwoliłbyś sobie, żeby ktoś tak określił Lisę? - ponownie zamilkł. - No właśnie. Pogadamy później.
Gdy tylko się odłączyłem, wybrałem numer do tego śmiecia. Nim odebrał, musiałem wielokrotnie wysłuchać jego głosu, który zastępował standardową gadkę automatycznej sekretarki. Kiedy w końcu odebrał... Wróć, odebrała. Moim rozmówcą była Chloe. Moja Chloe. Płacząca przez telefon Chloe.
~ Ivan...  ~ byłem w takim szoku, że nie umiałem złożyć się do kupy i jak oczarowany słuchałem jej głosu. Moje imię w jej ustach brzmiało wyjątkowo. ~ Ivan, powiedz coś, proszę...
Sam nawet nie wiem, co wybełkotałem. Nie byłem w stanie trzeźwo myśleć.
~ Chcę wrócić do Norymbergi - za to świetnie pamiętałem ten pewny szept, który utwierdzał mnie w tym, że najgorsze minęło.
Moja Chloe mówiła mi, że chce wrócić. Do Norymbergi. Do mnie. Do miejsca, którego w ogóle nie powinna opuszczać.
Nie mogłem się ocknąć, żeby zrozumieć, że to naprawdę ona ze mną rozmawiała.
To takie niemożliwe.
Nie do uwierzenia.
Chwilę później się rozłączyłem, w końcu dziewczyna musiała załatwić jedną, ale jakże arcyważną sprawę – musiała opuścić tamto miejsce. Poprosiłem Mo, żeby się nią zaopiekował przez ten czas, nim do mnie wróci. Ochoczo się zgodził, co było do przewidzenia – bardzo lubił.
Wieczorem pierwszy raz w pełni trzeźwa, spokojna i pewna odebrała telefon ode mnie. Rozmowa trwała długo, niemalże do rana. Gadka nie zawsze się kleiła, ale sama świadomość, że była tam po drugiej stronie wystarczająco mnie radowała. I już popołudniu miałem zobaczyć. Na dworcu miała być chwilę po czternastej.
Zasnąłem wczesnym rankiem, gdy Chloe odleciała w czasie rozmowy z telefonem przy uchu. Trochę słuchałem jej unormowanego oddechu i cichych pomrukiwań oraz westchnień, nie mogąc się tym nacieszyć. Nie wierzyłem, że to działo się naprawdę. Że niedługo miałem zobaczyć, znów poczuć jej zapach, dotyk, smak... Po prostu . Moje największe szczęście.
Mógłbym tak do usranej śmierci sypać tymi wszystkimi mdłymi tekstami, jednak wiedziałem, że w pewnym momencie robiły się one irytujące. Dlatego lepiej, żebym w końcu je odpuścił, bo niektóre z nich wydawały się za bardzo żenujące. Nawet jak dla takiego zakochanego, jak ja.
Nie mogłem doczekać się chwili, kiedy tylko zobaczę. Tak potwornie bardzo mi jej brakowało, mimo iż z lekka obawiałem się, jak to będzie, kiedy tylko staniemy twarzą w twarz. Bałem się, że spanikuję i będę chciał uciec.
Przecież tyle razy uciekałem.
Nie mogłem nacieszyć oczu jej widokiem, gdy tylko opuściła swój pociąg. Rozglądała się dookoła, a jej oczy zawzięcie mnie poszukiwały. Własnie mnie. Gdy w końcu mnie znalazła, poczułem prawdziwe szczęście. Wszystko inne przestało się liczyć, zniknęło, przestało istnieć.
No i gdzie ta obawa, że ucieknę? Gdzie panika? Standardowo przesadzałem.
Szczerzyłem się jak głupi do sera. Dopóki jej nie dotknąłem, nie wierzyłem, że to miało miejsce w rzeczywistości. Ale gdy pod opuszkami palców poczułem jej miękką i gorącą skórę... O tak, to najprawdziwsza rzeczywistość.
W końcu wtuliła się we mnie. Ściskała mnie o wiele za mocno, jednak to nie było w tym momencie istotne. W naturalnym geście objąłem, przyciskając usta do jej czoła.
W końcu poczułem, że wszystko się we mnie odrodziło, znów posklejało się w kompletną całość. Świat odzyskał kolory, których tak bardzo mi brakowało. Centrum mojego wszechświata znajdowało się tam, gdzie powinno.
W tyle głowy zjawiła mi się myśl, że wypadałoby powiadomić Herchera. Wiedziałem również, że na pewno będzie na mnie wściekły, na Chloe także. Dlatego starałem się odwlec chwilę opuszczenia dworca jak najbardziej się dało.
- Cholernie za Tobą tęskniłem. Każda chwila bez Ciebie była jak największa kara.
- Ale już jestem, Ivan - lekko się uśmiechnęła, subtelnie muskając mój policzek swoją dłonią. - Tylko to się liczy.


wesołych i spokojnych świąt dla tych, którzy tu zawitali :) 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Die Wahrheit - 43.

Część mnie z niecierpliwością oczekiwała dnia, gdy wyjedziemy do Turcji na obóz. Druga część z kolei nie chciała tego wyjazdu – przez niego stracę tydzień, który mógłbym spożytkować na walkę o nią. Ostatnie dni były ciężkie, po tamtej sytuacji z sypialni Philippa myślałem, że może być już tylko lepiej. Jednak tak nie było, a w czasie tych dni w Belek miało być jeszcze gorzej.
Wieczorem pierwszego dnia pobytu na obozie dostałem wiadomość od Bartscha. Czułem, że coś się stanie, ale za nic w świecie nie przewidziałem, że Chloe zdecyduje się na przyjazd do Dortmundu, myślałem, że wątek z nim już dawno mamy za sobą. Od razu napisałem do Moritza, żeby natychmiastowo powiadomił mnie, gdy tylko cokolwiek się będzie działo, chociaż byłem święcie przekonany, że ten śmieć nie wyszedł z wprawy informatorskiej i będzie najlepszym źródłem informacji o niej.
Skręcało mnie na samą myśl, że tam jest. Roznosiło mnie tak bardzo, że niemal do ciszy nocnej siedziałem na siłowni. Nie ćwiczyłem, ni nic, bowiem zajęty byłem wydzwanianiem do niej.
- Chloe... - byłem nieziemsko zaskoczony, gdy odebrała po którejś z kolei próbie kontaktu. Nie myślałem, że odbierze.
- Tak, Kochanie? - euforia w jej głosie szybko ściągnęła mnie na ziemię. Nie była sobą, nie brzmiała, jak ona. Nie musiałem być obok, żeby domyślić się, że była pijana – zapewne na trzeźwo odrzuciłaby połączenie, albo kompletnie je zignorowała. Brakowało mi tylko tego, żeby zaczęła się bawić w starego mnie.
Zacząłem się jąkać, przemawiało przeze mnie zaskoczenie. Ale skoro nie była trzeźwa...
- Ja... Ja nie sądziłem, że odbierzesz...
~ Nie miałam tego w planach, tak wyszło - wybuchła donośnym, sztucznym śmiechem.
- Jesteś pijana... Odłóż to, proszę... - wyszeptałem, podnosząc się z siedziska. Krążyłem nerwowo po sali, trzęsąc się, jak galareta.
~ Nie mam najmniejszego zamiaru... Nie jesteśmy razem, żebyś mówił mi, co mogę, a czego nie.
Pik, pik, pik.
Dźwięk zakończonego połączenia długo rozbrzmiewał mi w uszach. Na domiar złego Bartsch w nocy podsycił zaognioną sytuację, wysyłając mi jednoznaczne zdjęcie mówiące, że i ona posunęła się do zdrady. Nie wierzyłem w to, bo wiedziałem, jaka byłą oraz byłem świadomy, że specjalnie doprowadził do takiego stanu. Było mi tylko przykro, że znów dała się mu omamić...
Chciałem powiedzieć o tym Philippowi. Ta sprawa ciągnie się o wiele za długo. Jednak to nie była odpowiednia pora, nie teraz. Wrócimy do Norymbergi i mu powiem. Musiałem przygotować się psychicznie przez ten tydzień na tak radykalny krok.
Zasypiałem, słysząc to przesłodkie „kochanie”, kierowane w moją stronę. Ludzie pijani mówią prawdę, bo się nie powstrzymują... prawda? Wiedziałem, że nadal mnie kocha. Kocha mnie pomimo tego, że wbiła mi kolejny sztylet, sprowadzając mnie na ziemię bolesnym „nie jesteśmy razem”. Kocha i to się nie zmieni, a ja po prostu muszę to wytrzymać. Chce mi teraz pokazać, że nie tylko ja mogę broić i nie być za to karany.
Przez cały pobyt w Turcji nie otrzymałem od Mo żadnej wiadomości na temat Chloe, co tylko mnie dobijało w kwestii przyznania się Philowi, że kocham i to wszystko, co się z nią dzieje jest moją winą. Czułem się paskudnie, a siedzący obok mnie Hercher mi w tym nie pomagał. Na szczęście miałem wpaść do niego dopiero wieczorem. Bałem się towarzyszyć mu w chwili powrotu do domu.
W swoim mieszkaniu zastałem głuchą, nieziemsko ciążącą ciszę. W dodatku życia nie umilił mi Philipp, który zadzwonił do mnie chwilę później, prosząc o to, żebym przyjechał jednak teraz. Wiedziałem, dlaczego mnie potrzebował. Zjawiłem się jak najszybciej.
Ze łzami w oczach podał mi złożoną w pół beżową kartkę. Oparłem się o ścianę w salonie, niepewnie ją otwierając.
Philipp,
przepraszam, że zawsze byłam złą siostrą. przepraszam, że dopiero teraz o tym mówię piszę, do tego „dojrzałam”. przepraszam, że dowiadujesz się o tym przez krótką wiadomość napisaną pod wpływem emocji. ciężko było mi przezwyciężyć zdolność mówienia o uczuciach na głos
po prostu starałam się przeżyć życie po swojemu, czego momentami potwornie żałuję. wiem, że jesteś mną zawiedziony, uwierz – ja też się sobą rozczarowałam. pewnie myślisz sobie, że rodzice też tak mają, moje postępowanie jest niezgodne z tym, co nam wpoili, WIEM. możesz tak powtarzać do usranej śmierci – jestem tego tak świadoma, że będę miała w dupie Twoje umoralniania.
zrozum, że po prostu się zakochałam, a ta miłość okazała się dla mnie czymś o wiele zbyt silną, czymś przytłaczającym. nigdy tak nie miałam, pierwszy raz poczułam, że żyję, że mogłabym przenosić góry... pierwszy raz byłam szczęśliwa, jednak natrafiłam z tą Osobą na kłodę
nie szukaj mnie, gdy tylko pokonamy tę przeszkodę, wrócę do domu
Chloe
PS. oszczędź ofiarę mojej miłości, za dobrze ją znasz.
Zacisnąłem wargi. Byłem rozdarty – część mnie z narastającej euforii chciała skakać. Napisała tyle ciepłych słów o tym, co nas łączy. Tak, „łączy”, a nie „łączyło”. Pierwsza powiedziała o tym Philippowi. Jest o wiele silniejsza ode mnie. Z drugiej strony byłem równocześnie coraz bardziej załamany, bo nie wiedziałem kiedy uda się to jej przezwyciężyć. Załamywała mnie myśl, że nasza relacja okazała się dla nas obojga zbyt silna, zbyt wielka. I że żadne z nas sobie z nią nie radzi.
Uparcie starałem się wierzyć, że jednak damy sobie z tym radę.
Musiałem zejść na ziemię, musiałem stanąć twarzą w twarz ze stojącym obok mnie Hercherem i powiedzieć mu całą prawdę. Nie wiedziałem jednak, jak miałem się za to zabrać.
- I co byś zrobił na moim miejscu, Ivan? Jak ja mam, kurwa, na to zareagować? - Philipp chodził po pokoju, krzyżując dłonie na karku. Nadal opierałem się o ścianę.
- Dostosować się do jej listu - skwitowałem Postscriptum, w którym prosiła, żeby mnie nie zabił, gdy tylko się dowie. - I na Twoim miejscu bym usiadł, prawda może zwalić Cię z nóg.
Był zdezorientowany, jednak posłusznie zajął miejsce na kanapie. Odetchnąłem ciężej, znów nerwowo się kręcąc po pomieszczeniu. Zawsze tak reagowałem, gdy się denerwowałem.
- Wiem, dlaczego Chloe tu nie ma. Wiem też, dlaczego zniknęła.
- Wyjaśniła to w liście - rzucił cierpko, donośnie prychając. Skwitowałem to nerwowym śmiechem.
- Wiedziałem o tym jeszcze wcześniej - odburknąłem, na powrót wracając do nerwówki. - Bo to wszystko przeze mnie. Bo mnie kocha, a ja . Bo to ja skrzywdziłem, bo ta miłość jest dla nas zbyt przytłaczająca. Bo za długo trzymałem to w sekrecie nie tylko przed nią. Bo nie chciałem, żebyś robił jej przez to jakiekolwiek problemy. Bo, kurwa, jestem kretynem.
Długo milczał, gdy tylko udało mi się to wyrzucić. Z każdą chwilą ta cisza stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Chociaż czy mogło być aż tak źle, jak było w chwili, gdy wchodził do domu po tygodniu nieobecności, nieświadomy tego, że jej nie ma?
- Co Ty mi właśnie powiedziałeś?
- Prawdę - odparłem. - Powiedziałem to, o czym powinieneś wiedzieć już od dawna.
- Wróć, od początku. Co mi powiedziałeś? Że ona Cię kocha? Że Ty kochasz? Od kiedy? Jak? Byliście razem?
- Byliśmy - dobrze ujęte, dodałem w myślach. - Kocham , ona mnie też, choć wiem, że teraz jest jej z tym uczuciem ciężko.
- Zanim stąd wyjdziesz, odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie: Co odpierdoliłeś, że przez ostatnie trzy tygodnie moja siostra zachowywała się, jak się zachowywała? Bo naprawdę chcę Cię oszczędzić, chociaż powinieneś dostać po mordzie tak, że matka by Cię nie poznała.
- Zasłużyłem, Philipp. Nic nie ochroni mnie przed konsekwencjami mojego czynu, mimo tego, że już dostałem najgorszą karę.
- Kurwa, Ivan, kończy mi się cierpliwość - syknął, nie otrzymując oczekiwanej odpowiedzi.
- Myślę, że lepiej będzie, jak się nie dowiesz - skwitowałem, po czym bez słowa dostosowałem się do tego, co wcześniej usłyszałem od przyjaciela.
Chociaż może właśnie tym zakończyłem naszą przyjaźń?



wtorek, 19 marca 2019

Die Hilfe - 42.

- Ivan, to jest takie... ciężkie, trudne i dla mnie. Nigdy nie była w takim stanie, nie wiem, jak sobie z tym poradzić - tak Philipp podsumował swój krótki monolog odnośnie swojej siostry i tego, co się z nią dzieje ostatnimi dniami.
- Wcale nie dajesz rady - burknąłem pod nosem, co albo zignorował, albo po prostu nie usłyszał, bo powiedziałem to półszeptem. Jesteś chujowym bratem, dodałem tym razem w myślach. Który z braci uciekałby w popłochu z domu, aby nie widzieć, jak jego siostra zatraca się sama w sobie?
Odpowiedź jest prosta: żaden.
Pokazałem się, że już jestem, że oficjalnie wróciłem. Jak się okazało dwa dni temu, czyli w chwili, kiedy pierwszy raz przekroczyłem próg domu Hercherów po moim występku, powinienem wracać do Niemiec po dziewięciu dniach w Barcelonie. Jakim cudem minęło dopiero siedem dni od tamtej nocy? Myślałem, że trwa to już o wiele dłużej. Ta rozpacz sprawia, że czas niemiłosiernie się dłuży, powolnie nas wykańczając.
- Na mnie czas, reha wzywa. Jak chcesz to zostań, a jak nie... Mniejsza, rób, co chcesz - machnął lekceważąco ręką, gdy się do niego nie odzywałem. Byłem tak wkurwiony, że nawet nie starałem się z tym kryć. Chyba to wyczuł, co pokazywało mi jego zachowanie sprzed chwili. Ale w sumie mi to wisiało.
Zostawił mnie samego z Chloe, siedzącą na górze. Uciekła, gdy tylko zobaczyła mnie w drzwiach dziś rano. Wcale się jej nie dziwiłem – sam siebie nie chciałem widzieć.
Jednakże bardzo chciałem, żeby była blisko, jak najbliżej się dało. Pomimo tego, że sam nie dawałem sobie rady, bo wyobraźnia nie oszczędzała mnie i nieustannie podsyłała mi obrazy jej smutnych oczu, czy głosu pełnego cierpienia. Nie mówiąc już o słabości jej psychiki i ciała, gdy zapadała mi się w ramionach. Gdy to widziałem na własne oczy, było jeszcze gorzej.
Powolnie wspinałem się po schodach na górę. Ile razy ja tam wchodziłem, abym mógł zamknąć ją w swoim uścisku... Abym po prostu zobaczył. Zatrzymałem się w pół kroku, aby głębiej odetchnąć. To nie jest normalne, nigdy nie powinienem do tego dopuścić. Nigdy nie powinienem pozwolić sobie na to, żebym doprowadził się do takiego stanu przez dziewczynę.
Wróć.
Nigdy nie powinienem dopuścić do tego, żeby dziewczyna, o której marzyłem, dziewczyna, dla której chciałem i chcę wszystkiego, co najlepsze, dziewczyna, którą tak potwornie kocham, kiedykolwiek cierpiała. W dodatku przeze mnie.
Jestem taki beznadziejny. Nigdy nie zasłużyłem na szczęście, nawet na jego namiastkę.
Długo stałem przed drzwiami sypialni Philippa, w której się znajdowała, przynajmniej tak mówił Hercher. Stałem, opierając się czołem i dłonią o drzwi. Szukałem w sobie siły, abym zrobił to, co powinienem. Naprawdę nie byłem w stanie się przemóc, żeby wejść, chociaż bardzo tego chciałem. Potrzebowała mnie, a ja jej.
W końcu udało mi się przemóc. Cicho nacisnąłem klamkę i pociągnąłem drzwi do siebie. Leżała na brzuchu na łóżku, z telefonem w ręku. Gdy podszedłem bliżej, na ekranie zauważyłem... nas. Nasze zdjęcia. Szlochała, przesuwając palcem po ekranie, na którym pojawiały się coraz to kolejne fotografie.
- Chloe... - przysiadłem na skraju łóżka, delikatnie przesuwając dłonią po jej plecach. Płacz przybrał na sile, a jej ciało zaczęły przeszywać delikatne dreszcze.
- Dlaczego mi to robisz? Sam chciałeś zniknąć z mojego życia, więc dlaczego teraz do niego wracasz?
Zacisnąłem wargi, nie przerywając gładzenia jej pleców. Te pytania na nowo rozdrapywały rany, które pojawiły się ponad tydzień temu.
Nic nie odpowiadałem, po prostu starałem się, aby się wyciszyła, co finalnie się udało - jeszcze przez chwilę drżała, po czym się uspokoiła. Jednak nadal ciężko oddychała i nie patrzyła się na mnie.
- Jeśli to uczyni Cię szczęśliwą... Odejdę stąd - wyszeptałem z ciężkim sercem, przerywając ciszę. Nie chciałem tego robić, ale jeśli tylko to okaże się jedynym odpowiednim wyjściem... Zrobię to. - Wyjadę jak najszybciej się da. Zniknę z Twojego życia, tak, jak tego chcesz.
- Twoje odejście nie sprawi, że będę szczęśliwa.
- To co mam zrobić? - spytałem. - Co powinienem zrobić? Nic już nie wiem... - odsunąłem się od niej, podnosząc się z łóżka. Kręciłem się w kółko, bo nie mogłem wytrzymać. Ta sytuacja rozpierdalała mnie od środka,  zresztą też. Więc co jest dla nas dobre?
- Bądź tu. Zawsze o tym marzyłam.
To nie ma sensu. Jak mam być, skoro ona mnie nie chce? Ucieka, gdy tylko mnie widzi i ignoruje, jak najbardziej się da. To się kurwa kupy nie trzyma.
- Przecież jestem źródłem Twojego nieszczęścia... Ignorujesz mnie, traktujesz jak najgorszego wroga. Wiesz, że nie tylko Ty tu cierpisz? - nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ale może tak uda mi się coś zdziałać?
- Wiesz, ile razy wyobrażałam sobie, że jesteś tuż obok mnie? Nawet wtedy, kiedy próbowałam walczyć z miłością do Ciebie. Ile razy marzyłam, żeby ta sytuacja okazała się snem? - na pewno nie mniej, niż ja. Tak bardzo chciałbym wymazać swój występek z jej pamięci, tak, jak to zrobił alkohol w moim przypadku.
- Chloe... Spójrz na mnie - szepnąłem błagalnie, gdy tylko znalazłem się przed nią. Kucnąłem, aby być jak najbliżej. A ona nic, na domiar wszystkiego odwróciła głowę. Kurwa, kompletna dziecinada. - Spójrz mi w oczy i powiedz, że mnie nie kochasz. Jeśli to zrobisz, wyjdę i już nigdy nie stanę na Twojej drodze.
Kolejna chwila przytłaczającej ciszy.
- Nie zrobię tego... Nie umiem - w końcu mogłem zobaczyć jej oczy. Smutne oczy, pełne łez. Powoli się podniosła do pozycji siedzącej, zsuwając nogi na podłogę. Od razu złapałem jej dłonie w swoje. Ku mej uciesze nie wyszarpała ich.
- Bo mnie kochasz. Tak samo, jak ja Ciebie.
Spuściła wzrok, skupiając swoją uwagę na podłodze, na której walała się rosnąca kupka zużytych chusteczek higienicznych. Pełnych jej łez wylanych przeze mnie.
- Nie kochasz mnie... Gdybyś mnie kochał, to byś mi tego nie zrobił.
- Dobrze wiesz, że nie chciałem tam jechać, a Ty mi kazałaś - rzuciłem z wyraźnym wyrzutem. Niemal samodzielnie mnie spakowała, nagle o tym zapomniała? - Zrobiłem to, bo Ty tego chciałaś.
- Chcesz zwalić teraz na mnie winę, tak? - warknęła, skutecznie wyszarpując dłonie z mojego uścisku. - Wyjdź stąd, Ivan. Nie chcę Cię widzieć.
- Nie wyjdę - powiedziałem hardo. Bo tego nie zrobię. - W przeciwieństwie do tego - dokończyłem swoją myśl na głos, przechodząc do czynów.
Błyskawicznie się podniosłem, łapiąc jej nadgarstki w jedną rękę, nim zdążyła mi cokolwiek zrobić. A chciała, widziałem to. Również na to zasłużyłem. Drugie ramię zacisnąłem wkoło jej talii, przyciskając do siebie. Musiałem to zrobić, chciałem to zrobić i to uczyniłem. Przez chwilę się wyrywała, krzycząc i wrzeszcząc na mnie, po czym odpuściła, najnormalniej w świecie chowając twarz w moją klatkę piersiową.
Brakowało mi tego.
Wypuściłem jej dłonie, które opadły na moje ramiona. Łzy ciągle płynęły jej z oczu – czułem, jak przesiąkają przez moją koszulkę. Palce kurczowo trzymały się na barkach, mocno się w nie wpijając. Jej wargi przyciskały się do torsu ukrytego pod szarym materiałem.
- Powinnam Cię udusić, albo chociażby spoliczkować, wiesz? Tak, jak to robią dziewczyny w serialach i innych takich - szepnęła płaczliwie, po czym przerwała, aby głębiej odetchnąć. - Swoim obecnym zachowaniem nie pomagasz...
Widziałem iskierki podniecenia w jej oczach. Cóż, w normalnej sytuacji nasza obecną pozycja mogłaby być skrupulatnie wykorzystana, jednak nie chciałem o tym myśleć, tym bardziej teraz. Najpierw musimy przejść przez ten kryzys.
- Pomagam. Bo tylko ja mogę Tobie, nam, w tym pomóc. Tylko ja.



wtorek, 26 lutego 2019

Die Ewigkeit - 41.

Wytrzymałem dwa dni. Z ledwością. Drugiego już byłem w drodze do Frankfurtu, do rodziców. Poczułem w sobie coś takiego, co zmusiło mnie, abym porozmawiał z nimi, nim wrócę do siebie. Aby podpowiedzieli mi, co powinienem zrobić, a czego nie. Ewentualnie, żeby złoili mnie, jak burego psa.
Nie spodziewałem się, że to przebiegnie tak ciężko. Nie spodziewałem się, że powiem im o niej przy takiej sposobności... Myślałem, że to będzie coś w stylu wizytacji mamuśki w Norymberdze, albo że pojedziemy na niedzielny obiadek do rodziców. Razem. Ja z dumą przedstawię im Chloe jako swoją dziewczynę, a w oczach mamy zjawią się te iskierki, które i ja mam, gdy tylko o niej pomyślę. Że zakocha się w niej niemal tak samo, jak ja, gdy tylko ujrzałem. Że tata później, na osobności, powie mi, że zauważa w nas podobieństwa do mamy i siebie za czasów młodości, co tylko utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Chloe jest jedyną.
Ale tak się nie stało, zamiast tego ujrzałem smutek w oczach rodzicielki, który pogłębiał się z każdą kolejną sekundą mojego monologu, a tata siedział z założonymi rękoma i nietęgą miną.
Nie wiedziałem nawet, jak mogłem im o niej powiedzieć. Plątałem się w swoich słowach, łapałem się na tym, że mówiłem o niej w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jak... trzeba było. Chyba.
Może i nie powinienem tego robić, bo trzeźwa część mnie nie chciała, aby dowiadywali się o tym, jak bardzo zjebałem. Ale podświadomość kazała mi się tym z nimi podzielić. Powinni o tym wiedzieć. Chyba.
Nie wiem, nic nie wiem, ta sytuacja doprowadza mnie to takich stanów, w jakich nigdy siebie nie widziałem.
Nigdy nie siedziałem schowany w samochodzie taty, ani tym bardziej nie koczowałem pod domem jakiejkolwiek dziewczyny, zbierając się na odwagę, żeby z niego wysiąść i błagać ją na kolanach o wybaczenie. I to nie tylko dlatego, że żadna dziewczyna nie umywała się do Chloe, a powtarzanie tego zaczynało robić się irytujące.
Siedzenie w samochodzie i czekanie nie było właściwym dla tej sytuacji. Musiałem ruszyć dupsko i zrobić to, co powinienem. A powinienem stanąć naprzeciw niej i podjąć próbę rozmowy. Ta relacja nie może się tak skończyć. Ona nigdy nie powinna się zakończyć, Chloe i ja to coś, co będzie już na zawsze. Wiecznie.
I tak będzie, choćby nie wiem co. To jest chwilowy kryzys... Prawda? To tylko chwilowa przeszkoda dla nas, przeskoczymy ją razem, aby być już po sam koniec. Doprowadzę do tego, choćby miało trwać to wieczność.
Philipp niemal codziennie wychodził z domu rano z Rolandem, a wracał dopiero późnym wieczorem. Tyle czasu była sama, tyle czasu była zdana na siebie, a ten kretyn przez telefon mi mówił, że się o nią boi, myśląc, że sobie coś zrobi i nie będzie miał na to wpływu! Wielki mi, kurwa, odpowiedzialny starszy brat i opiekun. Walnąłbym mu w ten pusty kalmus, gdybym tylko miał taką możliwość. Kolejny, co zgrywa wielkiego dorosłego. Jak ja.
Uderzyłem pięścią w kierownicę. Trafiłem akurat tak, że rozbrzmiał się klakson. Ja pierdolę, ten dźwięk był gorszy niż standardowy, o wiele gorszy, niż trąbienie trębacza w czasie uroczystości gminnych.
Ten impuls jednak zmusił mnie do tego, żebym opuścił samochód. Trzasnąłem drzwiami, jakbym był w swoim aucie, lecz szybko się otrząsnąłem, otworzyłem drzwiczki i sięgnąłem po klucze, po czym go zablokowałem po wcześniejszym zamknięciu. Tatusiek to chyba by mi łeb urwał, gdyby ktoś zwinął jego perełkę. Już i tak było ciężko mu ją mi pożyczyć.
Mózg kazał mi zrobić coś bardziej produktywnego, skoro w końcu zdecydowałem się zadziałać bez zastanowienia. Nogi z automatu skierowały się pod jej dom, potem palce przycisnęły się do dzwonka i długo go przyduszały. O wiele za długo, ale się tym nie przejmowałem.
Zero reakcji po drugiej stronie.
Robotycznie sięgnąłem po telefon i wybrałem ich domowy numer. Wiedziałem, że swój będzie miała  dupie, szczególnie wtedy, gdy to ja będę dzwonił. Zdążyłem się o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku dni.
~ Halo? ~ usłyszałem jej słaby głos, który sprawił, jakby ktoś wylał mi na głowę cysternę lodowatej wody. Oparłem się czołem o ścianę, znów przyciskając dzwonek.
Ścisnęło mnie w żołądku, nogi momentalnie zmiękły... Chwila, nim drzwi się otworzyły, ciągnęła się niemiłosiernie. A gdy tylko zobaczyłem tam, po drugiej stronie... Moje serce przyspieszyło swoje bicie na jej widok. W oczach z automatu zjawiły się kolejne beznadziejne łzy.
Kilka potwornych dni rozłąki, cios... to sprawiło, że Chloe znów nie przypominała siebie. Była w jeszcze gorszej rozsypce, niż w okresie, gdy jej relacja z Bartschem ekspresowo nabierała tempa. Gdy robiła to przeze mnie.
Boże, nigdy nie zasługiwałem na to, co miałem.
Obecnie była swoim wrakiem, swoim cieniem.
Chciałem  dotknąć. Chciałem jej powiedzieć, że to się skończy, że znów będzie dobrze. Chciałem znów zapewnić o tym, że tylko przy mnie i ze mną będzie szczęśliwa. Marzyłem o tym, żeby znów usłyszeć z jej ust ciche, nieśmiałe „kocham”.
Musiałem dotknąć. Dlatego nie wahałem się, tylko powolnie i sukcesywnie zmierzałem ku niej. Opierała się, ale miała za mało sił na to, aby mnie od siebie odsunąć. Moje dłonie wczepiały się w nią z coraz większą zachłannością, czułem szczęście przemieszane z rozpaczą. Bo wiedziałem, że była załamana i zawiedziona mną. Sam też tak miałem.
- Nie ma słów, które wytłumaczą, co zrobiłem...
Bo nie było. Nie pamiętałem, co się wtedy działo i to nie tylko dlatego nie wiedziałem, jak mogłem określić karygodność swojego czynu. Nie znajdę słów, które opiszą jej i mój ból. Bo ich nie ma, a jeśli są, brzmią okropnie.
Jej bezwiedne ciało wręcz zatapiało się we mnie. Moje wargi szaleńczo dotykały jej twarzy, finalnie nawiązując kontakt z jej ustami, których tak bardzo mi brakowało.
Płakała.
A ja z nią.
Przyparłem do ściany, próbując  pobudzić, jak zawsze robiłem to najmniejszymi gestami. Dziś nic takiego się nie działo.
To bolało. Piekielnie bardzo.
Jej obojętność była największą istniejącą karą.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Odwróciła głowę, co spowodowało, że moje usta przyległy do jej szyi. Oddychała ciężej, a te oddechy były przeplecione cichymi szlochami i łkaniami.
- Zostaw mnie, słyszysz?
Każda głoska pojedynczo wbijała się wprost w moje serce, dziurawiąc je gorzej, niż ser szwajcarski. A ból w jej głosie był solą na każdą ranę, jaką zadawały jej słowa.
- Chloe...
- Nie... Wiesz, co zrobiłeś.
- Żałuję tego. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Te chwile z nią sprawiały więcej cierpienia, niż dni po moim występku. Jeśli myślałem, że w Barcelonie, Dortmundzie czy we Frankfurcie czułem, jak ona to przeżywała... Tamte stany nie umywały się do tego, co działo się tu, w tym miejscu.
- Zniknij z tego domu.
Z całej siły starała się brzmieć hardo, jakby tego chciała. Ale wiedziałem, że to maska. Jedyne, czego teraz potrzebowała, to ja. Pomimo tego, że sam doprowadziłem do tego stanu... Wiem, że jestem jedynym sposobem, aby wszystko wróciło do normy. Inaczej nie będzie. Musi tylko sobie to uświadomić.



czwartek, 14 lutego 2019

Vielleicht - 40.

Leżałem na łóżku w gościnnym u Mo, dobijając się smętnymi piosenkami, dopóki nie dostałem po gębie od Cro i jego „Vielleicht”... Naprawdę poczułem, jakbym oberwał z liścia, ewentualnie pięści. Albo jakby ktoś walnął mnie cegłą prosto w twarz. Z jakichś trzydziestu centymetrów, a nawet i mniejszej odległości.
To wina piosenki i tego, że słowa działają „lepiej” niż czyny...


Nie „może istnieje” – na pewno znajdzie się ktoś lepszy ode mnie. Wszyscy są ode mnie lepsi, ja jestem tylko i wyłącznie nic nie wartym gnojkiem, który tylko bawi się dziewczynami i ma je za nic. Dlaczego, jak głupi, karmiłem się tym, że kiedykolwiek na nią zasługiwałem? Że kiedykolwiek pomyślałem, że będzie moja?
Mimo tych rozmyślań i tak słuchałem dalej, a każde słowo wbijało się we mnie z rosnącą siłą. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale wrzuciłem na swoją tablicę na fejsie dwa wersy, które najbardziej zabolały, oraz link do piosenki.
A bolało to, że „Może istnieje ktoś lepszy ode mnie”... Choć również możliwe, że nikt nie pasuje do niej lepiej niż ja. Przecież to, co działo się między nami – sposób, w jaki zbliżaliśmy się do siebie, ta ogólna chemia, gdy tylko na nią patrzyłem, albo ona na mnie... Dosłownie wszystko. Czułem, że było jej przy mnie dobrze.
Może to i prawda, że są lepsi ode mnie, ale dla niej jestem najlepszy. Może tak być, ale nie musi. Gdyby jednak było tak, jak być powinno...
Gdy odświeżyłem stronę główną, na samej górze pojawił mi się dodany przez Chloe post. Ta sama piosenka, tylko że zupełnie inne wersy, dochodzące do tego samego wniosku. Idealnie tuż pod moim postem, dokładnie w tym samym czasie...

Chloe Hercher przed chwilą
Może chcesz czegoś lepszego, niż ja
Choć możliwe, że jestem najlepszym, co możesz dostać

Cholernie za nią tęskniłem. Równie mocno chciałem przy niej być, a najlepiej to wymazać swój wyczyn z minionej nocy. Jednak wiedziałem, że te dwie czynności obecnie są nie do wykonania. Jedna z nich to już na pewno.
A może jednak obie?
Może już nigdy nie będzie chciała, abym przy niej trwał? Może ból będzie zbyt wielki, aby kiedykolwiek mi to wybaczyła? Przecież obiecałem jej, że będę. Tak długo, jak tylko będzie chciała. Może już nie chce? Pomimo tego, że tyle razy powtarzała, że będzie chciała już zawsze...
Nasze „zawsze” skończyło się jeszcze szybciej, niż tak na dobrą sprawę się zaczęło.
Oh, Chloe, nigdy nie chciałem nikogo i niczego lepszego od Ciebie. Jesteś najlepszym, co mogłem dostać od życia. Miałem Cię obok, dla siebie, i nie byłem w stanie tego właściwie docenić.
Gdybym ten jeden jedyny raz jej nie posłuchał, nieprzerwanie byłoby tak, jak być powinno. Moje życie toczyłoby się dalej, moja bajka trwałaby nadal.
Wyszarpałem słuchawki z uszu, odrzucając telefon, który z hukiem wylądował na podłodze. Wisiało mi to, czy się roztrzaskał, czy nie. Żałowałem, że nie mogłem tak zrobić ze swoją głową, albo chociażby z myślami. Nie mogłem ich odrzucić, a one, skubane, napierały na mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo, że z każdą mijającą minutą radziłem sobie coraz mniej.
Ona mnie kocha. Nie może przestać. Ta bajka z nią nie ma prawa się zakończyć. Nigdy.
Tyle czasu czekałem, żeby urzeczywistnić swoje marzenia. Jeśli miałbym pewność, że mi wybaczy... Byłbym w stanie czekać na nią tyle, ile będzie trzeba. Ale nie miałem tej pewności i to mnie przerażało. Nie dam rady, pęknę.
- Lisa zrobiła kolację. Zdążyła trzy razy ostygnąć - pierw usłyszałem skrzypnięcie drzwi i głos Moritza, później zobaczyłem jego posturę w otoczce światła dochodzącego z innych pomieszczeń mieszkania. - Ruszyłbyś z łaski swojej cztery litery i grzecznie ją wciął. Musimy pogadać.
Był o wiele spokojniejszy w porównaniu do tego, jak zachowywał się, gdy tylko zobaczył mnie przed lotniskiem. Wtedy naprawdę chciał mnie zabić, a teraz mówił w miarę troskliwie, jeszcze proponował mi jedzenie. Chyba że je podtruł, żebym umarł, czy coś takiego. W sumie bym się nie obraził – wyszłoby to wszystkim na dobre.
Niechętnie wstałem i przeszedłem z przyjacielem do kuchni. Na stole leżał talerz pełny purée ziemniaczanego z boczkiem. Pachniało i wyglądało nawet zachęcająco, jednak naprawdę nie miałem ochoty jeść.
- Kiedy chcesz wrócić do Norymbergi? - spytał, gdy tylko zasiedliśmy przy stole. Podsunął w moim kierunku wyżerkę, na którą nawet nie spojrzałem. - Nie chcę Cię wyganiać, broń boże. Po prostu chciałbym wiedzieć, co masz w planach.
- Nie wiem, nic nie wiem. Gdybym mógł, stanąłbym przed jej domem i błagał o wybaczenie.
- A Philipp?
- Mam go w dupie.
- Dlaczego nie umiałeś mieć go w dupie jakieś pół roku temu? - te pytania zaczęły mnie wkurwiać, nie denerwować. Skąd miałem wiedzieć, że próba ochrony Chloe przed zaborczością brata tak się skończy? - Ivan, gdybyś tyko był mądrzejszy, niż ładniejszy, to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
- Muszę ponieść tego konsekwencje. Mogłem być nieuległy... Gdybym się postawił, wszystko wyglądałoby inaczej.
Gdybanie zdecydowanie jest najgorsze, jednocześnie nie da się od niego uciec – zawsze, ale to zawsze w tyle głowy pojawia się myśl „co by było, gdybym zrobił inaczej”.
- Chcesz się poddać?
- Chcę dać jej trochę czasu. Może tego potrzebuje? - zadałem pytanie, choć było ono skierowane bardziej do mnie. - Może właśnie to będzie lekiem dla nas?
- Błagam Cię, Ivan, nie wytrzymasz - jestem takim słabiakiem, że nawet nie chciałem się spierać, bo to się tak skończy. Będę koczował pod jej domem, gdy tylko wrócę do Norymbergi. Nic więcej nie zrobię, bo jestem tchórzem.
- Wróć zgodnie z terminem powrotu z Barcelony. Możesz, a nawet i musisz u mnie zostać przez ten czas – zregenerujesz się i wtedy zaczniesz działać - zacisnąłem zęby. Nie chciałem się regenerować, nie powinienem nawet. - Ivan, kretynie, Ty hipokryto jebany. Sam mówiłeś, że potrzebuje czasu.
- Myślałem, że mnie nie poprzesz, tylko będziesz kazał mi na kolanach zapierdalać do Norymbergi - bąknąłem, zaciskając dłonie w pięści. - Moritz, ja tam muszę być. Rozumiesz? M-u-s-z-ę - nawet przeliterowałem, aby wzmocnić swoją wypowiedź. W odpowiedzi spojrzał na mnie z pobłażaniem.
- Jedyne, co teraz musisz, to odpocząć i dać Chloe się uspokoić oraz pozwolić jej podjąć właściwą decyzję, co powinna z Tobą zrobić. Na jej miejscu wrzuciłbym Cię pod pociąg, albo wysadził w powietrze.
Przed kontratakiem powstrzymał mnie donośny dźwięk telefonu. Rzuciłem się do sypialni, licząc, że dzwoni ona... Cóż, przeliczyłem się, jednak byłem dość blisko – dzwonił Philipp.
- Halo? - powiedziałem niepewnie, obawiając się najgorszego. Bez powodu by nie dzwonił, prędzej napisał.
~ Kneza... Sorry, że zawracam Ci dupę w czasie urlopu, ale... Jestem w czarnej dupie, najprościej mówiąc. Nie wiem już, co robić. Jestem bezsilny.
Czułem za sobą obecność Leitnera, więc włączyłem na głośnik. Wiedziałem już, co mi, w sumie nam, powie.
~ Chloe... Jest z nią bardzo źle.


pewnie tęskniłyście za losami Ivana, więc wracam! niewiele do końca tej części, a ostatnio dziwnie się dzieje, sporo mi umyka, nawet zapomniałam pojawić się tu... nie obiecuję, że doprowadzę to do końca, ale postaram się coś dodawać raz na jakiś czas :p