Wytrzymałem dwa dni. Z ledwością. Drugiego już byłem w drodze do Frankfurtu, do rodziców. Poczułem w sobie coś takiego, co zmusiło mnie, abym porozmawiał z nimi, nim wrócę do siebie. Aby podpowiedzieli mi, co powinienem zrobić, a czego nie. Ewentualnie, żeby złoili mnie, jak burego psa.
Nie spodziewałem się, że to przebiegnie tak ciężko. Nie spodziewałem się, że powiem im o niej przy takiej sposobności... Myślałem, że to będzie coś w stylu wizytacji mamuśki w Norymberdze, albo że pojedziemy na niedzielny obiadek do rodziców. Razem. Ja z dumą przedstawię im Chloe jako swoją dziewczynę, a w oczach mamy zjawią się te iskierki, które i ja mam, gdy tylko o niej pomyślę. Że zakocha się w niej niemal tak samo, jak ja, gdy tylko ją ujrzałem. Że tata później, na osobności, powie mi, że zauważa w nas podobieństwa do mamy i siebie za czasów młodości, co tylko utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Chloe jest jedyną.
Ale tak się nie stało, zamiast tego ujrzałem smutek w oczach rodzicielki, który pogłębiał się z każdą kolejną sekundą mojego monologu, a tata siedział z założonymi rękoma i nietęgą miną.
Nie wiedziałem nawet, jak mogłem im o niej powiedzieć. Plątałem się w swoich słowach, łapałem się na tym, że mówiłem o niej w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jak... trzeba było. Chyba.
Może i nie powinienem tego robić, bo trzeźwa część mnie nie chciała, aby dowiadywali się o tym, jak bardzo zjebałem. Ale podświadomość kazała mi się tym z nimi podzielić. Powinni o tym wiedzieć. Chyba.
Nie wiem, nic nie wiem, ta sytuacja doprowadza mnie to takich stanów, w jakich nigdy siebie nie widziałem.
Nigdy nie siedziałem schowany w samochodzie taty, ani tym bardziej nie koczowałem pod domem jakiejkolwiek dziewczyny, zbierając się na odwagę, żeby z niego wysiąść i błagać ją na kolanach o wybaczenie. I to nie tylko dlatego, że żadna dziewczyna nie umywała się do Chloe, a powtarzanie tego zaczynało robić się irytujące.
Siedzenie w samochodzie i czekanie nie było właściwym dla tej sytuacji. Musiałem ruszyć dupsko i zrobić to, co powinienem. A powinienem stanąć naprzeciw niej i podjąć próbę rozmowy. Ta relacja nie może się tak skończyć. Ona nigdy nie powinna się zakończyć, Chloe i ja to coś, co będzie już na zawsze. Wiecznie.
I tak będzie, choćby nie wiem co. To jest chwilowy kryzys... Prawda? To tylko chwilowa przeszkoda dla nas, przeskoczymy ją razem, aby być już po sam koniec. Doprowadzę do tego, choćby miało trwać to wieczność.
Philipp niemal codziennie wychodził z domu rano z Rolandem, a wracał dopiero późnym wieczorem. Tyle czasu była sama, tyle czasu była zdana na siebie, a ten kretyn przez telefon mi mówił, że się o nią boi, myśląc, że sobie coś zrobi i nie będzie miał na to wpływu! Wielki mi, kurwa, odpowiedzialny starszy brat i opiekun. Walnąłbym mu w ten pusty kalmus, gdybym tylko miał taką możliwość. Kolejny, co zgrywa wielkiego dorosłego. Jak ja.
Uderzyłem pięścią w kierownicę. Trafiłem akurat tak, że rozbrzmiał się klakson. Ja pierdolę, ten dźwięk był gorszy niż standardowy, o wiele gorszy, niż trąbienie trębacza w czasie uroczystości gminnych.
Ten impuls jednak zmusił mnie do tego, żebym opuścił samochód. Trzasnąłem drzwiami, jakbym był w swoim aucie, lecz szybko się otrząsnąłem, otworzyłem drzwiczki i sięgnąłem po klucze, po czym go zablokowałem po wcześniejszym zamknięciu. Tatusiek to chyba by mi łeb urwał, gdyby ktoś zwinął jego perełkę. Już i tak było ciężko mu ją mi pożyczyć.
Mózg kazał mi zrobić coś bardziej produktywnego, skoro w końcu zdecydowałem się zadziałać bez zastanowienia. Nogi z automatu skierowały się pod jej dom, potem palce przycisnęły się do dzwonka i długo go przyduszały. O wiele za długo, ale się tym nie przejmowałem.
Zero reakcji po drugiej stronie.
Robotycznie sięgnąłem po telefon i wybrałem ich domowy numer. Wiedziałem, że swój będzie miała dupie, szczególnie wtedy, gdy to ja będę dzwonił. Zdążyłem się o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku dni.
~ Halo? ~ usłyszałem jej słaby głos, który sprawił, jakby ktoś wylał mi na głowę cysternę lodowatej wody. Oparłem się czołem o ścianę, znów przyciskając dzwonek.
Ścisnęło mnie w żołądku, nogi momentalnie zmiękły... Chwila, nim drzwi się otworzyły, ciągnęła się niemiłosiernie. A gdy tylko ją zobaczyłem tam, po drugiej stronie... Moje serce przyspieszyło swoje bicie na jej widok. W oczach z automatu zjawiły się kolejne beznadziejne łzy.
Kilka potwornych dni rozłąki, cios... to sprawiło, że Chloe znów nie przypominała siebie. Była w jeszcze gorszej rozsypce, niż w okresie, gdy jej relacja z Bartschem ekspresowo nabierała tempa. Gdy robiła to przeze mnie.
Boże, nigdy nie zasługiwałem na to, co miałem.
Obecnie była swoim wrakiem, swoim cieniem.
Chciałem ją dotknąć. Chciałem jej powiedzieć, że to się skończy, że znów będzie dobrze. Chciałem znów zapewnić ją o tym, że tylko przy mnie i ze mną będzie szczęśliwa. Marzyłem o tym, żeby znów usłyszeć z jej ust ciche, nieśmiałe „kocham”.
Musiałem ją dotknąć. Dlatego nie wahałem się, tylko powolnie i sukcesywnie zmierzałem ku niej. Opierała się, ale miała za mało sił na to, aby mnie od siebie odsunąć. Moje dłonie wczepiały się w nią z coraz większą zachłannością, czułem szczęście przemieszane z rozpaczą. Bo wiedziałem, że była załamana i zawiedziona mną. Sam też tak miałem.
- Nie ma słów, które wytłumaczą, co zrobiłem...
Bo nie było. Nie pamiętałem, co się wtedy działo i to nie tylko dlatego nie wiedziałem, jak mogłem określić karygodność swojego czynu. Nie znajdę słów, które opiszą jej i mój ból. Bo ich nie ma, a jeśli są, brzmią okropnie.
Jej bezwiedne ciało wręcz zatapiało się we mnie. Moje wargi szaleńczo dotykały jej twarzy, finalnie nawiązując kontakt z jej ustami, których tak bardzo mi brakowało.
Płakała.
A ja z nią.
Przyparłem ją do ściany, próbując ją pobudzić, jak zawsze robiłem to najmniejszymi gestami. Dziś nic takiego się nie działo.
To bolało. Piekielnie bardzo.
Jej obojętność była największą istniejącą karą.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Odwróciła głowę, co spowodowało, że moje usta przyległy do jej szyi. Oddychała ciężej, a te oddechy były przeplecione cichymi szlochami i łkaniami.
- Zostaw mnie, słyszysz?
Każda głoska pojedynczo wbijała się wprost w moje serce, dziurawiąc je gorzej, niż ser szwajcarski. A ból w jej głosie był solą na każdą ranę, jaką zadawały jej słowa.
- Chloe...
- Nie... Wiesz, co zrobiłeś.
- Żałuję tego. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Te chwile z nią sprawiały więcej cierpienia, niż dni po moim występku. Jeśli myślałem, że w Barcelonie, Dortmundzie czy we Frankfurcie czułem, jak ona to przeżywała... Tamte stany nie umywały się do tego, co działo się tu, w tym miejscu.
- Zniknij z tego domu.
Z całej siły starała się brzmieć hardo, jakby tego chciała. Ale wiedziałem, że to maska. Jedyne, czego teraz potrzebowała, to ja. Pomimo tego, że sam doprowadziłem ją do tego stanu... Wiem, że jestem jedynym sposobem, aby wszystko wróciło do normy. Inaczej nie będzie. Musi tylko sobie to uświadomić.

Jeeeeny powinnać mnie zabić, że jestem dopiero teraz :|
OdpowiedzUsuńStaraj sie Ivi kurła bo ja cie pogonie XD
Cudo ❤