czwartek, 2 maja 2019

Mama - 45.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, jak to wszystko mogłoby wyglądać, jeśli kiedykolwiek miałem  stracić. Jestem jednak święcie przekonany, że moje wyobrażenia nijak miałyby się do tego, jak to było w rzeczywistości. Na szczęście, miejmy nadzieję, jest to już przeszłość, która nigdy nie wróci. Nie zniósłbym tego drugi raz.
Ta pustka, ten ból... Nie, tego nie dało opisać się żadnymi słowami. Wiem jednak jedno – nigdy nie przeżywałem czegoś takiego z kimkolwiek. Nigdy przenigdy. Obym więcej nie musiał się z tym mierzyć, nikomu tego nie życzę.
Przy niej stałem się kimś kompletnie innym – wystarczyło krótkie spojrzenie na nią, abym wiedział, że coś się z nią lub jej działo, albo po prostu była szczęśliwa. Zresztą nawet nie musiałem tego robić, bo czułem to samo, co ona. Teraz też tak było: nadal doznawałem niepewności, która w niej była. Wiedziałem (i widziałem), że próbowała ją maskować. Gdybym jej nie znał, myślałbym, że wszystko jest dobrze, świetnie grała swoją rolę.
Była szczęśliwa, jednak czaił się w niej cień niepokoju. We mnie zresztą również, bałem się, to wszystko mogło rozsypać się w każdej chwili.
Philippowi chwilami naprawdę ciężko było pogodzić się z nową sytuacją, z jaką przyszło mu się mierzyć. Kiedykolwiek mógł się spodziewać tego, że „zaopiekuję” się jego małą siostrzyczką? Jednak nie można było odmówić mu tego, że próbował się z tym pogodzić. Owszem, zdarzało mu się patrzeć na mnie nieprzychylnie, gdy całowałem, czy przytulałem... Były to jednak pojedyncze przypadki, mając na uwadze, że spędzaliśmy razem dużo czasu. Cieszyło go to, że Chloe w końcu była szczęśliwa i nie musiała ukrywać się z tym, co było jego powodem. Mnie również to cieszyło, szczególnie wtedy, gdy widziałem spojrzenia typków, którzy z chęcią wzięliby w obroty. Ale, no cóż, nie mogli. W końcu każdy to widział.
Minioną noc spędziła u mnie. Philowi powiedziała – zresztą jak zawsze – że idzie do swojej przyjaciółki, chociaż ostatnio coś się domyślał, że to najzwyklejszy fortel. Nie reagował, bo wierzył, że nic „złego” się nie działo. Niekiedy zdarzało mu się dobrze myśleć.
Tym bardziej nie miał się czego bać z racji, że... „dumnie” wkraczałem w dwudziesty czwarty rok życia. Znaczy się miałem urodziny. Chwilę po północy wręczyła mi niewielkie pudełko, zapakowane w fikuśny, urodzinowy papier, oraz babkę z wbitą dwójką i trójką z wosku. Była o wiele bardziej przygotowana, niż ja! Więc dlatego prosiła, żebym uważał na torbę, którą taszczyłem od auta do mieszkania...
Prezentu nie odpakowałem, bowiem nie czułem takiej potrzeby. Mój prezent spędził tę noc u mego boku, wtulony we mnie niemal cały czas.
Wieczorem miał odbyć się jeden z ostatnich meczów sparingowych przed rozpoczęciem kolejnego sezonu... 2. Bundesligi. Wierząc Schwartzowi (co w sumie robiłem) miałem jakieś szanse na to, aby powąchać profesjonalnego futbolu nie tylko z wysokości trybun, czy ławki rezerwowych, jak to było w sezonie 14/15, gdy Valérien Ismaël dwa razy umieszczał mnie w kadrze meczowej. Nie marzyłem o przebiciu się na stałe do wyjściowej jedenastki, jednak liczyłem, że uda mi się złapać choć parę minut. Może udałoby mi się przykuć uwagę klubu z ligi, a nawet i wyżej? Już wystarczająco długo siedziałem w regionalnej, wręcz się w niej dusiłem.
Chwilę po urodzinowym śniadaniu, na które zjadłem jajka sadzone z boczkiem na chrupiącej tortilli posmarowanej pastą z fasoli, z salsą pomidorową i awokado – znaczy się jajka po ranczersku, jak to tłumaczyła Chloe – spotkała mnie, w sumie to nas, spora niespodzianka.
Na szczęście oboje byliśmy kompletnie ubrani, czyści i pachnący (zero wspólnego prysznica, to nie ten etap relacji i rekonwalescencji po ciężkim urazie w niej), gdy po drugiej stronie drzwi stanęli moi rodzice. Jak wcześniej wręcz chciałem, żeby poznali... To teraz zwątpiłem, to chyba nie był jeszcze ten moment.
- Mamo? Tato? - podrapałem się po szyi, machinalnie przesuwając się do ściany, aby przeszli do środka. Tata w dłoniach trzymał smakowicie wyglądający torcik, a mama rzuciła się mi na szyję, przypadkiem uderzając torebką o moje plecy. Albo miała w niej chyba kamienie, albo cegły, bo trochę to zabolało.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie! - pisnęła radośnie, a ojciec jej zawtórował, oczywiście nie piszcząc jak dziewczynka. Poczułem się głupio, naprawdę nie lubiłem tego dnia. Jego jedynym plusem było to, że można sobie wypić bez większych konsekwencji. I to wszystko.
- Dziękuję, ale nie musieliście przyjeżdżać... - zacząłem się jąkać. No nie musieli, to fakt, zresztą sam niedawno u nich byłem. Ale to było jeszcze wtedy, gdy było źle...
- Właśnie, że musieliśmy - odparła stanowczo Maria. - Szczególnie mając na uwadze to, że ostatnio nie było z Tobą za dobrze...
- Ale teraz już jest - spojrzała na mnie z pobłażaniem. - Naprawdę. Jeśli mnie puścisz, to Ci udowodnię, że wszystko jest już w porządku.
Niepewnie to uczyniła, a ja momentalnie pognałem do salonu, gdzie na kanapie półleżała Chloe, trzymająca w dłoniach telefon. Jej wzrok nieprzerwanie spoczywał na przejściu z salonu do korytarza, w którym się znajdowałem wraz z rodzicami.
- Wstawaj, kochanie, mamy gości - wyciągnąłem do niej ręce, podnosząc z sofy. Czułem, że się stresowała, niemal tak samo jak wtedy, gdy pytałem się jej o to, czy chciałaby ich poznać. Cóż, tym razem nie miała wyboru, rodzice czaili się już u progu pomieszczenia. Jak dobrze, że mama opierała się o tatę, bo prawie zasłabła na widok, jaki gościł przed jej oczami. Tak jakby pokazałem jej na zdjęciach moje największe szczęście... Nie mówiąc, że udało się zapanować nad sytuacją.
- Mamo, tato, to Chloe - powiedziałem dumnie, trzymając jej dłonie w swoich. Przeszliśmy bliżej nich. - Słońce, to Maria i Mato, moi rodzice.
Zapadła długa, niezamącana przez nikogo cisza. Moja mama nie dowierzała swoim oczom, tata podobnie. Nie dziwiłem im się. Nie mogli wyjść z szoku, że udało nam się przez to przejść, przez coś, co – według mamy – w większości przypadków jest nie do przejścia... Zdarzy się, że dzieją się rzeczy niemożliwe, nieprawdaż?
Puściłem Chloe, widząc mamę zbierającą się do nas. Delikatnie wzięła jej dłonie w swoje, szeroko się uśmiechając. Czy ja dobrze widziałem, że w oczach rodzicielki kłębiły się łzy?
- Musisz wybaczyć za mojego syna, Chloe - zaczęła, a mnie ogarnęło zażenowanie. Mamo, proszę Cię... - Niekiedy go ponosi i zachowuje się jak dzieciak, ale gdy się zakocha...
- Mamo...
- Cicho, z Tobą nie rozmawiam! - tata się zaśmiał, a mi nie pozostało nic, jak tylko tego słuchać i pogodzić się z reprymendą.
- To na czym skończyłam, kochanie? - wiedziałem! Chloe swoją słodyczą pochłonęła ją tak samo, jak i mnie. Nie mogła się na nią napatrzeć, tato zresztą tak samo. Oniemiał dokładnie tak, jak ja, gdy tylko pierwszy raz ujrzałem.
- Na tym, że Ivan to mentalne dziecko - wywróciłem oczami, udając irytację, w odpowiedzi otrzymując śmiech trójki najważniejszych dla mnie osób.
- Dziękuję - na chwilę przycichła. W międzyczasie wzięła głębszy wdech, a ja przygotowałem się na kolejną porcję wstydu. - Ale od kiedy zjawiłaś się w jego życiu, widzę, że w końcu jest szczęśliwy. Choć nie zawsze tak było.
Dziewczyna smutno westchnęła, przez chwilę mi się przyglądając.
Obiecuję, od teraz będzie już szczęśliwie, dopilnuję tego nade wszystko.


1 komentarz: