czwartek, 19 lipca 2018

Die Freunden - 31.

Po odwiezieniu Małej do szkoły miałem ogarnąć jakieś poważniejsze zakupy, a potem zawitać do Herchera, bo coś czuję, że w tym szpitalu dostaje kręćka (i to nie tylko z samotności), co w sumie mnie to nie dziwi – sam nie znoszę tego miejsca, mimo, że ostatnimi czasy bywałem tam naprawdę często. O wiele za często jak na siebie.
Zapowiadał się ułożony, bardzo przyjemny dzień, aczkolwiek jeden telefon wystarczył, aby wszystkie plany na niego raptownie się zmieniły. Zdziwiłem się i to konkretnie, widząc japę Nono, jaką mam ustawioną na miniaturce jego kontaktu. Rzadko konwersowaliśmy, czy dzwoniliśmy do siebie, mimo, że to mój braciak. To wszystko było spowodowane malutkim, a jakże istotnym szczególikiem: Koussou niemalże 3/4 swojego życia spędzał z Leitesem, czy to w Dortmundzie, czy w Monachium. Dlatego w imię oszczędności czasu, transmisji danych i rachunków nie czułem się źle, nie powiadamiając go o wszystkich nowinkach i innych takich wystarczyło, że wysłałem wiadomość Moritzowi, a Kodjovi wszystko wiedział i to jeszcze szybciej, niż miałbym mu sam przekazać.
Czyli to wszystko zwiastowało jego rychłą wizytę, bo bez powodu by się nie odezwał.
Włączyłem się do ruchu, kierując się w stronę pobliskiego supermarketu, telefon nadal dzwonił. Chyba większe zakupy w obecnej chwili to konieczność, bo Nono wyżre mi całą lodówkę i ostatnie zapasy. A Mo, jeśli z nim tam jest, mu w tym pomoże. Wcisnąłem odpowiedni przycisk na desce rozdzielczej, w ostatniej chwili odbierając połączenie od kumpla.
- Halo? - nawet nie zdążyłem tego powiedzieć, gdy już słyszałem darcie się Niemca. Oby był sam, bo szkoda mi zszargania opinii Leitesa.
~ Gadaj, jaki masz kod od wejścia i gdzie skitrałeś klucze! Tyłek mi marznie, a Ty nie otwierasz ~ na szczęście nikt chyba mnie nie widział, moja mina w reakcji na ten wrzask musiała być bezcenna. Aczkolwiek szkoda, że nikt nie słyszał tego debilizmu. Marznący tyłek praktycznie w czerwcu? Wow, coś dotychczas niemożliwego.
- Co?
~ No przyjechałem zobaczyć i poznać moją bratową! ~ szybko objaśnił. ~ Ja rozumiem, że chcesz chronić przed każdym samcem tego globu, ale żeby przede mną?! ~ śmiał mi się przez głośnik, a ja z każdą chwilą łapałem coraz większego mindfucka. Nie wyspałem się, to fakt i rzecz do przewidzenia, ale żebym aż tak nie ogarniał życia? Czy może to on mówi do mnie w niezrozumiałym języku?
- Poczekaj... Jesteś tu? - to dotarło do mnie jako pierwsze.
~ Jaki Ty debil jesteś ~ westchnął ciężko. Debil to się odezwał. ~ Przyjechałem! Chociaż to Ty obiecałeś, że zabierzesz ze sobą panią Knežević!
Słyszałem w jego głosie kierowane w moją stronę wyrzuty, jakbym przysiągł mu złote góry, czy coś jeszcze innego. Obiecałem, to prawda, ale czy kiedykolwiek komukolwiek powiedziałem, że już jest okej na tyle, żebym mógł pójść dalej? Przecież bała się nawet zobaczyć z moimi rodzicami...
No i jeszcze jedno. Czy ja dobrze usłyszałem, że określając Chloe użył związku „moja bratowa” i „pani Knežević”?
Boże, to drugie określenie tak pięknie brzmi. Aż uśmiechnąłem się do siebie.
- Powiedziałem, że przyjedziemy, kiedy będzie dobrze - powiedziałem, schodząc na ziemię. W obecnej sytuacji nie mogę być pewny nawet tego, co będzie za godzinę, nie mówiąc o tym, co czeka mnie za parę lat. Ale chciałbym tego, naprawdę.
~ A nie jest? Młody, w końcu zmądrzałeś! Jest nawet lepiej jak dobrze!
Hm, chyba każdy z nas inaczej rozumie pojęcie słowa „dobrze”. No ale mniejsza, stało się, to się nie odstanie. Na Chloe i tak będzie musiał trochę poczekać, ale na to już nie miałem żadnego wpływu.
- Dobra, dobra. Muszę ogarnąć jeszcze dwie sprawy i zawitam tam do Ciebie.
~ Do nas ~ poprawił Leitner. Tak czułem, że jest obecny, to takie papużki nierozłączki, że... W sumie mam tak z Philem – rzadko kiedy i gdzie jeden jedzie bez drugiego, Z własnej woli rzecz jasna. Inne sprawy to imprezowanie (czy wyjazdy meczowe) – Hercher tak trochę to domator, w którego i ja się przeinaczam. Sprawdza się maksyma „z kim przystajesz, takim się stajesz”.
- ...Zawitam do Was za jakieś pół godzinki, może godzinę - poprawiłem się.
~ Ale sam? ~ jęknął Nono, na co się zaśmiałem. Ta ameba nigdy nie zmądrzeje.
- Chloe jest w szkole, czyli tam, gdzie Ciebie zawsze brakowało. Papa! - zakończyłem rozmowę, chroniąc się przed jeszcze większym spaczeniem umysłowym. Poza tym czułem na sobie taką maciupką presję czasu, jaką narzuciły na mnie chłopaki.

Dokładnie 47 minut po zakończeniu rozmowy z Koussou i Leitnerem zajechałem na parking pod blok, w którym obecnie mieszkam z Chloe. W oczy od razu rzuciło mi się BMW Nono, z którego chwilkę później już wysiadali, aby do mnie dołączyć. Kodjovi buszował w telefonie, cud, że się nie wyjebał na chodniku. I nie zgubił kluczy, bo godności już dawno się pozbył.
- No już tam nie wyczajaj Chloe, stary - zaśmiałem się, a on wytknął w moją stronę język, na powrót wracając do świecącego się ekranu. Lekceważący gest Moritza pokazywał, że mam się nim nie przejmować, co też bez protestu uczyniłem.
- Znów przegląda Tindera - rzucił kąśliwie Leites, klepiąc mnie po plecach po naszym standardowym powitaniu. - Ma nadzieję, że i jemu uda się znaleźć kogoś, kto nie spierdoli na jego widok.
- Myślę, że ktoś taki mieszka na Grenlandii - dodałem na zaczepkę, widząc kompletny brak reakcji.
- Albo się jeszcze nie urodził - parsknęliśmy śmiechem, widząc fochniętego Nono.
- To, że jestem zajęty, nie oznacza, że nic nie słyszę, jełopy - fuknął, podchodząc do mnie. Był trochę uszczypliwy, aczkolwiek jego humor lubił tak skakać z dobrego na zły i z powrotem przynajmniej paręnaście razy w ciągu dnia. - Dobrze Cię widzieć takiego rozpromienionego, kwiatuszku - zamknął mnie w swoim niedźwiedzim uścisku. To wszystko uwiecznił, i najpewniej wrzucił w eter, brechający się Leitner.
- I patrz, już wysyłam to do Chloe! Wystarczy, że zniknąłeś jej za winklem i już zdradzasz! - mówił w przerwie na łapanie powietrza. Kodjovi szybko do niego podszedł i wziął mu telefon z ręki.
- Ale my jesteśmy słodką parą - rozczulił się, oglądając uwiecznione przez Mo momenty spotkania po czasie.
- Słodką parę to Ty zobaczysz, jak będzie Chloe. Mam nadzieję, że wziąłeś ze sobą insulinę! - wywróciłem oczami śmiejąc się, a „przerażony” Koussou sprawdził na szybko kieszenie. Mo zdecydowanie przesadzał.
„Słodkie” to są tylko te „pareczki” z Instagrama czy Tumbrla, które dodają swoje zdjęcia pod tagiem „couplegoals” nad którymi wszyscy dookoła się wręcz spuszczają. Określanie nas „normalną”, czy też „typową” parą też nie wchodzi w grę, bo nasza historia w żadnym stopniu nie przypomina w miarę „przeciętnej” historii miłosnej. W żadnym aspekcie.
Potrząsnąłem głową, odrywając się od tych oklepanych rozmyślań. Trochę mnie zemdliło na samą myśl, gdybym miał się tak zachowywać, jak ci wszyscy „chłopcy” na tych zdjęciach. Nie wpasowywałem się w ich kanon. Czy to dobrze? Czy może jednak nie za bardzo? Dzięki, chłopaki! Już sobie zryłem banię wystarczająco na najbliższe dziesięciolecie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz