niedziela, 20 maja 2018

Der Kampf - 24.

Obserwowałem jej plecy, nieprzerwanie tocząc zacięty bój z myślami. Stała i rozglądała się po korytarzu – pomieszczeniu, gdzie przebywaliśmy od jakichś dwóch minut.
Nadal do końca nie wiedziałem, co robić. Pójść może do przodu, czy jednak jeszcze się powstrzymać? Nie wiedziałem, na ile mogę sobie pozwolić w jej przypadku. W ogóle niby dlaczego się tak nad tym zatracałem? Przecież do tej pory miałem gdzieś, czy dziewczyna chciała, czy nie. W ostateczności i tak się oddawały, gdy tylko czuły mój dotyk na swoim ciele.
Odpowiedź była prosta, zresztą wspominałem o niej nie raz: żadna z nich nie była Chloe i żadna z nich się dla mnie nie liczyła. Chciałem poddać się żądzom, ale nie wiedziałem, czy to jest słuszne, szczególnie w tym momencie. Nie chciałem zaszkodzić budowanej przez nas relacji.
Głośny huk obił się o nasze uszy. Drgnęła, gdy tylko zrzuciłem nasze torby z ramienia. To był jedyny słyszalny dźwięk ostatnich kilkunastu minut. 
Już wiedziałem, co uczynię, co dziś się stanie – postawię wszystko na jedną kartę. I nawet nie mam w planach tego żałować, nawet jeśli zakończy się to fiaskiem.
Podszedłem do niej, złapałem za policzki i przyciągnąłem jej twarz jak najbliżej siebie. Widziałem przez chwilę w jej oczach strach. Czyżby mnie przejrzała, co wywołało w niej obawę? Dlaczego niby miałaby się bać? Przecież wie, że nic złego jej nie zrobię. Nie postąpię wbrew jej woli, dobrze wie, że dla niej zrobiłbym wszystko. Dosłownie. Nawet kosztem siebie.
Może mi ufać... Przecież pokazałem jej to. Niejednokrotnie. Przynajmniej powinna być tego wszystkiego świadoma.
Niepewność i obawy zniknęły w chwili, gdy subtelnie musnęła moje usta, inicjując pocałunek. Każdy kolejny całus upewniał mnie w tym, że mam działać, że również tego chce. Upewniał mnie w tym, jak cholernie jej pragnę, a ona mnie.
Niespiesznie przemieszczałem się dłońmi po jej ciele, wewnętrznie delektując się możliwością czucia tych krągłości, które potwornie na mnie działały, ogarniające mnie podniecenie było nie do opisania.
Chloe nie była gruba, ani w żadnym stopniu nie przypominała wieszaka, który bardziej odstraszał, niż przyciągał. Na całe szczęście. Była idealna, jej ciało miało perfekcyjne proporcje.
Była moja.
Nareszcie moja.
Po wielu miesiącach bezowocnej walki z samym sobą i tygodniach starania się o zamazanie tamtych wspomnień w końcu mi się udało. Chciałem obwieścić tę nowinę każdemu, co na pewno nie spotkałoby się z aplauzem. Znam siebie i ludzi, którymi się otaczam. Lubimy się, ale żałują każdej dziewczyny, w której towarzystwie się pojawiałem. Trudno, nie będę swojego szczęścia uzależniał od opinii randomów. Wystarczy tego dobrego.
Oplotła mnie nogami w pasie, rękoma błądząc w pobliżu mojej szyi – chyba wyczuła moje zamiary. Oh, czegóż chcieć więcej?
Jej gest dał mi dodatkowego kopa, który sprawił, że ruszyłem w stronę swojej sypialni. Jej wargi nieprzerwanie zasypywały mnie krótkimi, wilgotnymi całusami, co jakiś czas czułem na skórze jej zęby. Rozkręcała się. To dobrze.
Odetchnęła ciężej, opadając na łóżko. Łypała na mnie rozmarzonym spojrzeniem, czekając na więcej. Miarowo jeździła palcami po moim karku, przez to poczułem, jak budzę się do życia. O tak, jestem gotowy. Ty lepiej też bądź, kochanie.
Wpiłem się w jej usta, osuwając się na nią. Z jej warg wydostał się pierwszy głośniejszy jęk. Oby niepierwszy tej nocy.
Zacisnęła dłonie na moich plecach, przyciskając mnie do siebie. Drżała, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Palce ze zwiększoną częstotliwością przesuwały się po łopatkach, w okolicach kręgosłupa, wszędzie tam, gdzie była w stanie dosięgnąć. Oderwałem się od jej ust, zatapiając się w szyi. Zostawiłem po sobie kolejny siny ślad, jednocześnie gdy moje dłonie postanowiły poznać jej ciało od podszewki.
- Pragnę Cię, Chloe - szepnąłem w swoim ojczystym języku. 
To pragnienie przejęło nade mną kontrolę, prymitywne instynkty brały górę, sterując każdym moim ruchem. Chciałem tyle z nią zrobić tej nocy, spróbować wszystkiego, aby upewnić się, że z nią będzie czymś kompletnie nie z tej planety. Ale ona miała całkiem inne zdanie...
- Ivan... Ivan, nie... - jej płaczliwy szept sprawił, że momentalnie coś we mnie pękło. Ten głos powodował, że się łamałem, a w głowie pojawiały się od razu czarne myśli, chociaż w tej sytuacji nic takiego nie miało miejsca.
- Zrobiłem coś źle? Wbrew Twojej woli? - nerwowo przełknąłem ślinę. Przecież nie chciałem jej do niczego zmusić! Każda komórka jej ciała wręcz błagała o to, abym się nią zajął.
- Nie chodzi o to... - przez chwilę patrzyła się na mnie, po czym przeniosła wzrok gdzieś z tyłu, pewnie w okno. - Bo ja... Nie chcę się z Tobą kochać. Ja chcę Ciebie kochać...
Słyszałem ból w tej wypowiedzi. Ból i niepewność. W dodatku to, że się na mnie nie patrzyła... Coś było na rzeczy. Coś już schrzaniłem. Coś, czego nie chciała powiedzieć na głos.
Przecież przez tyle czasu miała mnie za takiego ruchacza, który bierze się za wszystko, co ma dwie nogi i wydaje z siebie dźwięki. To na pewno chodzi o to.
- Chloe... Ja inaczej nie umiem.
To kosztowało mnie naprawdę wiele. Ta relacja powodowała we mnie zmiany, o które nigdy bym się nie posądzał. Nie spodziewałem się, że się złamię i przyznam się do czegokolwiek, co siedzi we mnie.
- Umiesz - słyszałem, jak walczy ze sobą, aby się nie rozpłakać. Gdybym umiał, to wszystko wyglądałoby o wiele inaczej. - Nie musisz mi mówić, że mnie kochasz, czy inne mdłe pierdoły... Po prostu...
- Miłością nazywasz to, że przez długi czas starałem się zapomnieć o tym, że jak Cię widzę, to nic innego się dla mnie nie liczy? - dłużej nie mogłem tego słuchać, czułem, że coś rozwala mnie od środka i muszę się tego pozbyć, a jedyną metodą jest szczera rozmowa. To po prostu było silniejsze ode mnie. Jej ból, działający również na mnie, nie stał po mojej stronie.
Po chwili dotarło do mnie to, co jej powiedziałem. Czy ja właśnie...
- To dla Ciebie definicja miłości? - tak, dokładnie. Zrozumiałem, że tak jakby się jej przyznałem.
Nic nie mówiła, po prostu patrzyła się na mnie. Była taka bezbronna, potrzebowała właśnie tej miłości. A ja mam być jej gwarantem.
Czy będę w stanie temu podołać?
Nachyliłem się nad nią, muskając wargami jej czoło. Przymknęła oczy, ciężko oddychając.
- Miłość nie zawsze jest szczęśliwa - szepnęła. Nadal nie podnosiła powiek, jej głos ciągle drżał. Zauważyłem pierwszą łzę, opuszczającą kącik oka. Szybko ją starłem, czekając na kolejne sztylety. Nadeszła chwila na poważną rozmowę, tak? - Wiesz ile razy cierpiałam, widząc Cię w towarzystwie innej?.. Ile cierpiałam, myśląc, że nigdy nie będziesz mój? Ile cierpiałam, kiedy...
Słyszałem, ile to kosztowało. Nie byłem w stanie już dłużej słyszeć tego cierpienia, dlatego po prostu pocałowałem, aby nie musiała nic więcej mówić. Ta czułość była czymś jeszcze innym, niż dotychczasowe pocałunki. Czymś, czego chciałem coraz bardziej.
- Dla mnie definicją miłości jesteś Ty - po tych słowach wszystko stało się zupełnie inne. W dobrym znaczeniu.
Nie musiała nic więcej mówić. Zrozumiałem, że mnie kocha. A ja?
Nie zawsze pokazywałem się z tej dobrej strony, może i nawet raniłem, mimo tego, że nie byliśmy tak blisko. Ale wiem, że już tego nie zrobię.
Bo kocham.


bitwę to Ty stoczysz jutro, w piątek i przyszły poniedziałek. tylko wyjdź mi z niej zwycięsko i z trofeami w postaci bramek i pucharu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz