Obudziłem się jako pierwszy, w dodatku po niezbyt przyjemnej nocy. Przyznam się bez bicia – nigdy nie należałem do porannych ptaszków. Pamiętam, że mama niekiedy nie była w stanie dobudzić mnie, gdy szedłem do szkoły, a imprezy umiałem odsypiać całą niedzielę. Nieważne, że trzeba było wpaść na trening, który zaczynał się trzy godziny po powrocie do domu. Jednak to teraz nie było aż takie istotne.
Spało mi się naprawdę ciężko, co chwila budziłem się zdyszany i zziajany, jakby goniło mnie z tysiąc zombiaków. Tak nie było, bo to nie zombie stanowiły podstawę moich snów. To dlaczego?
Może działał na mnie fakt, że nie spałem u siebie?
Gdzie tam, to było stanowczo za głupie, pomimo tego, że możliwe. Gdy nocowałem poza domem praktycznie nigdy nie spałem. Nie wiem, jak to działa, ale po prostu nie umiałem zasnąć, ani tym bardziej się wyspać.
Może powodem tego była świadomość, że tuż obok śpi ona?
Na pewno nie. Czując ją, jej dotyk... Było dobrze, a nawet i lepiej jak dobrze. Dzięki jej obecności byłem w stanie na powrót wrócić do krainy Morfeusza.
Może to dlatego, że śniły mi się dziwne, niekiedy nawet podchodzące pod miano „strasznych”, rzeczy? Rzeczy schodzących się do Bartscha, który owijał ją sobie za każdym wokół palca, jej, która nie chciała mi uwierzyć, że nie jest wobec niej szczery... To też brzmiało idiotycznie, ale przejmowałem się tym i to okropnie. Ale co mogłem zrobić? Przerażało mnie to, że te wyobrażenia mogły kiedykolwiek mieć miejsce w rzeczywistości.
Ostateczną ulgę odczułem dopiero wtedy, gdy każdorazowo spoglądałem na nią. Spała w najlepsze, przytulając się do mojego boku. Ta cała sytuacja, chodzi mi o wspólne spanie, była dla mnie nie tyle co dziwna, a po prostu... nowa.
Do tej pory chciałem się wyszaleć, doznać coś niezobowiązującego. Przeżywałem, korzystałem z życia, jak wielu młodych ludzi. Niekiedy może przesadzałem, jednak nigdy nie zostałem z tego rozliczony.
Ale gdy ona stanęła na mojej drodze... Kompletnie się zmieniłem, zacząłem wariować. Chciałem o niej zapomnieć, jakkolwiek sprawić, żeby tak po prostu zniknęła z mojego życia, co mi się nie udało. Stawałem się desperatem, przestając czerpać korzyść ze swojego dotychczasowego stylu życia. Miałem nadzieję, że te wszystkie panienki przyniosą mi to zapomnienie, którego tak bardzo wówczas potrzebowałem.
Jednak tak się nie stało. Mogę teraz tego żałować? Patrząc się na nią, żałuję tylko i wyłącznie tego, że tak późno zacząłem „walczyć” o swoje oraz, że niepotrzebnie zszargałem swoją opinię w oczach jej brata. Gdybym tylko postarał się wcześniej... Kto wie, może ta bajka trwałaby znacznie dłużej? Nie kilka dni, czy nawet i tygodni, a może liczyłbym to w miesiącach?
Nie wiem, nie powinienem tak nad tym rozmyślać.
Ostatnio za często zacząłem łapać „życiówki” i inne takie gdybania, w których wytykałem sobie błędy z całego życia, których łatwo mogłem uniknąć. Aczkolwiek życie właśnie takie jest – często robimy głupie rzeczy, których najnormalniej w świecie żałujemy. Nie od razu, ale po jakimś czasie. Żałujemy, zastanawiając się nad tym, jak mogliśmy inaczej postąpić. Przez to gdybanie najzwyczajniej tracimy cenny czas, dzięki któremu moglibyśmy spróbować dać kolejnemu dniu nowy obraz. Powinniśmy odcinać się od przeszłości grubą krechą i kreślić nowe linie. Lepsze linie.
Chyba pomyliłem się z powołaniem, gdy po liceum wybierałem piłkę, a nie dalszą edukację. Poszedłbym na psychologię. Albo lepiej – zostałbym filozofem. A tak to stoję biegam i kopię piłkę na zapleczu profesjonalnego futbolu. Z niewielkimi szansami na rozwinięcie. Przynajmniej tu, w Norymberdze.
Odetchnąłem ciężej, obracając się na lewy bok, aby mieć lepsze widoki niż sufit, który przyprawiał mnie o życiowe rozmyślania. Delikatnie położyłem dłoń na jej odkrytym biodrze, subtelnie przyciskając wargi do jej czoła.
Nie wiem, ile tak leżałem i ją obserwowałem, łagodnie jeżdżąc opuszkami palców po jej ciele, ale w końcu zaczęła się budzić. Jej zaspane spojrzenie, jakie na mnie skierowała... To zawstydzenie, jakie ją ogarnęło, gdy dotarło do niej, że to się dzieje naprawdę... Rozwaliło mnie to, i to kompletnie. Oczywiście pozytywnie!
- Dzień dobry - wymamrotała mi w klatkę piersiową, mocno się wtulając.
- Lepszego nie mogłem sobie wymarzyć - wyszczerzyłem się jak głupi, tym razem całując ją we włosy.
- Mówisz to tylko po to, żeby się podlizać, co nie? - zaśmiała się, niepewnie zerkając na mnie z dołu. Jej oczy intensywnie mnie obserwowały, wyglądała tak, jakby próbowała doszukać się cienia fałszu z mojej strony.
- Skądże znowu! - zaprotestowałem. - Po prostu nigdy nie myślałem, że Ty, ja... że my...
Zacząłem się płakać, niczym słuchawki.
Rzadko wypowiadałem się o swoich uczuciach na głos. Najczęściej to wszystko pozostawało we mnie, ewentualnie, gdy było to coś negatywnego, moją „ofiarą” stawała się piłka, albo, w rzadszych przypadkach, worek bokserski.
Jej paczadła sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały wylecieć z oczodołów. A ja – nie wiedząc, co teraz począć – po prostu się nachyliłem i ją pocałowałem. Byłem jak taki człowiek-zagadka –dawałem jej poszlaki, pozostawiając wiele niewiadomych. A ona w stosunku do mnie jest taka ufna oraz cierpliwa, co jest naprawdę ważną cechą. Sam ze sobą niekiedy nie wytrzymuję, a co mają powiedzieć inni?
- Będziemy musieli porozmawiać - mruknąłem, przerywając tę jakże romantyczną chwilę. Zmarszczyła brwi, spoglądając na mnie przestraszona. - To nic złego, naprawdę.
- Uznajmy, że w tej kwestii Ci wierzę - zaśmiała się. - Zrób śniadanie, robię się głodna. Ogarnę się, zjemy i pogadamy, okej?
- Lepszego planu bym nie obmyślił - wyszczerzyłem się, a ta szybko cmoknęła mnie w usta i wstała.
- Wstawaj, leniuchu! - cisnęła we mnie poduszką, jaką zgarnęła z parapetu. Zwijając się ze śmiechu próbowałem pokazać, jak bardzo mnie to zabolało, ale coś mi nie wyszło. Nim Chloe zamknęła się w łazience, z ubraniami na nadchodzący dzień, pokazała mi język.
Dwadzieścia minut potem oboje byliśmy już w kuchni, a ja robiłem nam na śniadanie omlety. Z salonu docierały do nas ciche brzmienia płyty Cro, w których rytm Hercherowa podrygiwała na krześle.
- To o czym chciałeś ze mną porozmawiać? - spytała, przeżuwając kolejnego gryzą śniadania.
- Dziś przyjeżdżają do mnie moi rodzice i bardzo bym chciał, żebyś mi wtedy towarzyszyła.
W reakcji niemal nie zakrztusiła się kawałkiem śniadania, jaki wówczas przełykała. Spojrzała na mnie zaskoczona, uderzając się w mostek, jakby to miało jej pomóc. Miałem się podnieść i jej pomóc, ale ta pokręciła głową, nieprzerwanie kaszląc.
- Żartujesz, co nie? - zaprzeczyła, kiedy spytała, gdy udało się jej ogarnąć. - Nie sądzisz, że... że to odrobinę za wcześnie?
- Nie.
- Ivan... Nie dziś, proszę. Chciałabym ich poznać, ale... teraz to za wcześnie.
- Na pewno? - potwierdziła.

cuuuudeńko ziom ❤❤❤❤❤
OdpowiedzUsuń