poniedziałek, 5 marca 2018

Die Definition - 15.

Staliśmy na środku szpitalnego korytarza, zapatrzeni w siebie. Żadne z nas nic nie mówiło, ale – przynajmniej mi – to w ogóle nie przeszkadzało. Nie obchodzili mnie ludzie, którzy mogli się nam przyglądać. Nie przejmowałem się tym, że stoimy, gdzie stoimy. Tak naprawdę nic mnie nie interesowało, tylko ona.
Trzymała dłonie na moich ramionach, które obejmowały. Nasze ciała dzieliła niewielka odległość, podobnie jak twarze. Jej oczy wpatrywały się we mnie, a te cudowne wargi układały się w delikatny, ale jak najbardziej szczery uśmiech.
Jednak w pewnym momencie to wszystko się... urwało, najprościej mówiąc. Do mnie ktoś zaczął wydzwaniać, a ona... Sprawiała wrażenie przerażonej. Jak to pierwsze dało się ignorować, to ten strach, jaki przeszywał, działał również na mnie, co trochę mnie przerażało.
- Będę u Philippa - wyszeptała, subtelnie dotykając mojego policzka, po czym odeszła pospiesznym krokiem, zostawiając mnie samego.
Odetchnąłem ciężej, niechętnie sięgając po telefon. Jako pierwsze w oczy rzuciło mi się kilka nieodebranych połączeń od... Bartscha. A ten to po co? Tylko jego „brakowało” mi do pełni szczęścia.
- Czego chcesz - rzuciłem, kiedy tylko znów do mnie zadzwonił. Nie chcąc wyjść na idiotę, stojącego samemu na środku korytarza, ruszyłem w bliżej nieokreślonym kierunku. Później jakoś trafię do sali Phila. Do niej również.
~ Nie mogę zadzwonić do starego kumpla? ~ odpowiedział niewinnie. „Stary kumpel”... Chyba ktoś tu ma problemy z wyjaśnianiem znaczeń pewnych związków i definicji. No ale to nie mój problem. ~ Próbowałem dodzwonić się do swojej panienki, aczkolwiek ta nie odbierała.
- Zostaw w spokoju - wiedziałem, że chodziło mu o Chloe. Nawiązywał do niej przy każdej możliwej sytuacji, wkurwiał mnie tym. 
~ Mam w planach to zrobić, przecież dobrze o tym wiesz. Będziesz mógł zaopiekować się nią w spokoju, nie będę przeszkadzał Waszej pięknej miłostce. Tylko chciałem jeszcze to wszystko ładnie dopiąć.
- Nie obędzie się bez pożegnania?
~ Obyłoby się, ale co to byłaby za frajda, gdybym zmarnował kolejną okazję do pokazania Ci, gdzie Twoje miejsce? ~ wybuchł śmiechem, a we mnie znów zabuzowało.
- Jesteś żałosny.
~ Nie bardziej niż Ty, Kneza. Co Ci się stało, że nawet nie próbujesz mi odpyskować?
- Bo mam ważniejsze sprawy na głowie, niż taki śmieć jak Ty.
~ Tak? A jakie?
- Nie musi Cię to obchodzić. Żegnaj, Bartsch - odłączyłem się, mimochodem oddychając z ulgą. Jeden problem z głowy, w dodatku sam ma w planach zniknąć. Niepokoiło mnie tylko kiedy to nastanie.
Miłostka? Przecież to wszystko było bardziej z mojej strony. Przecież ona kocha innego, którym nie mogę być ja. To przecież nie miałoby sensu, że byliśmy tak blisko, jednocześnie bardzo długo udając obojętność. 
Jednak wizja, że tym kimś mógłbym okazać się ja jest czymś, czego teraz potrzebowałem; nieświadomie dodawała mi jeszcze większej motywacji. To byłoby trochę dziwne, gdyby faktycznie było tak, że wzajemnie od siebie uciekaliśmy, aby i tak stanąć naprzeciw siebie.
Dowiem się wszystkiego. Muszę to zrobić, bo te myśli nie dadzą mi spokoju i mnie wykończą.
Droga z powrotem do sali Herchera trochę mi zajęła – nie spodziewałem się tego, że przez tę rozmowę z nim odszedłem tak daleko. Ale mniejsza. Trafiłem, to trafiłem.
Wszedłem do środka w miarę cicho, nasłuchując tego, co dzieje się przy łóżku. To, co usłyszałem... Chyba usłyszałem zgrzyt pękającego serca. Mojego serca.
Płakała.
Znów płakała. Całe moje zdenerwowanie, czy przybywająca na myśl o niej euforia, odeszły. Zastąpił je niewytłumaczalny smutek. Co, jeśli... Jeśli to przeze mnie? Bartsch, tamten typek. Stan Philippa... Jeszcze w dodatku ja, który w końcu postanowił się ujawnić... Przecież to za dużo dla człowieka, a jak na nią... Zdecydowanie za wiele.
Siedziała na krzesełku plecami do wejścia. Jej ciało się trzęsło, a salę wypełniał dźwięk jej szlochów.
- Przepraszam - wyszeptałem, odrobinę się zbliżając. Znów załączyła mi się niepewność, taka ostrożność. Nie wiedziałem nawet, na czym stoję. Nie wiedziałem, czy cokolwiek, co może być pomiędzy nią a mną, nie okaże się tylko i wyłącznie moim wyobrażeniem.
- Za co znów mnie przepraszasz? - jej głos wypełniał ból. Znów cierpiała. A ja znów zrobiłbym naprawdę wiele, byleby wziąć na swoje ramiona to wszystko, sprawić, żeby była szczęśliwa. Tylko tego tak naprawdę potrzebowałem – jej szczęścia.
Niepewnie stanąłem tuż obok niej, chwytając jej kruchą dłoń w swoje. Delikatnie podsunąłem ją sobie pod usta i ucałowałem. Spojrzała na mnie, w jej oczach zbierały się łzy, kolejne spływały po jej policzkach.
- Nie powinienem tego robić. Ale naprawdę nie potrafiłem już dłużej wytrzymać... - z początku nie docierało do mnie to, co zrobiłem. Powiedziałem jej coś, co... siedziało we mnie. 
- Ivan? Co Ty mówisz?
- Przepraszam, Chloe. Łamię teraz wszystkie, absolutnie wszystkie, normy, jakie tylko istnieją.
Nie jestem pewny, czy „normy” to odpowiednie słowo, jakimi można określić niemówione słowa Phila na temat relacji na linii Chloe-ja, czy też Chloe-inni chłopacy. Nigdy dosłownie nie zabraniał mi się z nią kontaktować, innym chłopakom zresztą też nie, ale widziałem i wiedziałem, że nie był zbytnio szczęśliwy, gdy jakikolwiek samiec chociażby na nią spojrzał. W sumie nie dziwiłem mu się – mnie też skręcało, gdy tylko zauważałem, że jakiś typek obczajał. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, a ostatnio dziś, przecież ten lekarz... Ugh, znów się zaczyna.
Zrównałem się z nią poziomem, po czym puściłem jej dłoń, aby schwycić jej twarz. Krótko musnąłem jej czoło, potem nos, niepewnie zbliżając się do ust. Jednak jeszcze nie całowałem. Jeszcze się wstrzymywałem.
- Wybacz mi... - wyszeptałem. - Za to, jaki byłem dla Ciebie na samym początku.
Tak naprawdę chciałem powiedzieć coś innego, jednak ostatecznie się powstrzymałem. Moje zachowanie z początku – coś na kształt obojętności – to coś normalnego. Chyba normalnego, w to mogę wątpić, przecież od dłuższego czasu nie zachowywałem się normalnie. 
Bardziej zależało mi na tym, żeby wybaczyła mi to, co robiłem, aby o niej zapomnieć. Ale przecież nie powiem jej tego! Nie może się o tym dowiedzieć. Nigdy.
Musnęła moje usta, kompletnie mnie zaskakując. Rzecz jasna pozytywnie! Zarzuciła ręce na moją szyję, coraz zachłanniej wpijając się w moje wargi. Przeszedłem z kuca na kolana, aby było mi wygodniej, odwzajemniając jej pocałunki. Wplotłem palce w jej włosy, znów się zatracając. Znów straciłem kontakt ze światem rzeczywistym. Znów przez nią... 
Za każdym razem, gdy całowałem, czułem, że to ona była, jest i będzie dla mnie definicją wyrazu „szczęście”. Czułem, że do życia potrzeba mi tylko i wyłącznie jej tuż obok.


z racji tego, że w minionym tygodniu wróciła mi wena, sama również postanowiłam wrócić
pewnie to nie jest coś stałego, bowiem ostatnio moja egzystencja to taka sinusoida, jednak postaram się dotrwać, abym 13.08 faktycznie dodała tu 38. rozdział, który napisałam wczoraj :)

2 komentarze:

  1. O jaciepierdziele ❤❤❤❤
    Kocham, kocham, kocham hehe ❤❤❤❤
    To jest takie cudowne ❤❤❤
    Domi pisz książki oki? XD bo to klasa Światowa ❤
    Czekam <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się w stu procentach z Jagodą, zaiste klasa światowa. ❤
    Gdy czytałam tą końcówkę to, aż się rozpłynęłam. Te gołąbki muszą być razem *o* Ivan znalazł swoje szczęście i mam nadzieje, że to doceni ❤ Chociaż... Znając Ciebie, to chyba nie pozwolisz im na spokój :D
    Nie mogę się doczekać kolejnego, więc nie każ czekać znów tak długo! :*

    OdpowiedzUsuń