wtorek, 6 lutego 2018

Irgendwann - 11.

W sobotę chłopaki wyciągnęły mnie do klubu – rzeczą wiadomą było to, że wybrali HINZ ✖️ KUNZ, to było ich (w sumie nasze) stałe miejsce pobytu, głównie ze względu na Kaliego i Vida, właścicieli. Ale mniejsza. Nie pałałem się do obecności w tym miejscu, ale oni stwierdzili, że w końcu muszę wyjść do ludzi.
Naprawdę nie narzekałem na swoją obecną sytuację – każdą wolną chwilę od powrotu od rodziców spędzałem spotykając się z Philippem i Chloe. Z Chloe, która wydawała się być coraz bliżej mnie, a dalej od tego szczyla. Chociaż nadal nie miałem stuprocentowej pewności, to i tak czułem rosnącą satysfakcję i poczucie wygranej. Mogłem mieć jakiekolwiek szanse u niej? Oh, to brzmiało tak bardzo nierealnie.
Mimo tego, że los nie zawsze był dla mnie łaskawy, to i tak cieszyłem się z każdej nadarzającej się sytuacji. Korzystałem z każdych sekund, chwil, jakie mogłem spędzić z nią sam na sam. Cieszyłem się, pomimo tego, co wydarzyło się sobotniej nocy...
Ale wszystko po kolei.
Będąc na jednej z sal, bliżej lóż, widziałem Bartscha w towarzystwie jakieś dziewczyny, którą na bank nie była ona. Chloe nigdy tak się nie malowała, ani tym bardziej ubierała. Cóż, odezwały się w nim samcze zapędy, których, jak widać, panna Hercher nie była w stanie zaspokoić. Na całe szczęście.
Mimo to czułem, że jest w klubie, pomimo faktu, że na dobrą sprawę nie wiedziałem gdzie.
Zostawiłem swoich dotychczasowych towarzyszy i ruszyłem na jej poszukiwania. Sprawdziłem salę na górze i łazienki [wejście do babskiego kibelka było bardzo interesującym doświadczeniem, a niektóre panienki tam obecne patrzyły się na mnie, jak na pretendenta do spędzenia upojnych chwil w tym miejscu (sorki, ale tak jakby jestem zajęty i właśnie poszukuję swojej damy)], aby ostatecznie „swoją” zgubę odnaleźć na tarasie dla palących. W miejscu, gdzie doznałem swojej pierwszej prawdziwej porażki.
Moja duma trochę ucierpiała, gdy podświadomość przywołała obrazy stamtąd. Starałem się to zagłuszyć, skupiając się na niej.
Stała tyłem do wejścia, a poznałem dzięki koszuli Phila, jaką miała na sobie. Przez dłuższą chwilę obserwowałem jej plecy, po czym w końcu zdecydowałem się podejść. Chyba udało mi się zrobić to bezszelestnie, albo przynajmniej cicho, bowiem nawet nie zareagowała. Ewentualne to słyszała, ale miała wywalone. Chciałem w jakikolwiek sposób zademonstrować swoją obecność, ale miałem świadomość, że to nie jest odpowiednia chwila na jakiekolwiek gesty.
Jednak nie wytrzymałem.
- Pozwalasz mu na to? - drgnęła, ale nadal na mnie nie spojrzała.
- Dlaczego nie? Przecież z nim nie jestem... Gwarantuje mi towarzystwo i nieźle pieprzy, nic więcej.
Moje aktorstwo chyba nadal stoi na bardzo dobrym poziomie – przecież od samego początku wiedziałem, że oni to coś, co nigdy nie zaistnieje. Wyglądała, jakby wierzyła mojemu fortelowi. Ale gdy usłyszałem drugą część wypowiedzi... Nigdy nie uwierzyłbym, że będzie w stanie z taką lekkością i łatwością wypowiadać się na... dość intymne tematy.
Zatkało mnie.
Zemdliło.
Ale z drugiej strony dopadła mnie potworna ciekawość i chęć dowiedzenia się, co nią kieruje, bo przecież bezpodstawnie nie robiłaby czegoś takiego. Czy jej brat miał rację i przez kontakty z nim... próbuje zapomnieć. Niemniej interesowało mnie to, o kim chce zapomnieć.
- Dlaczego to robisz?
- Równie dobrze mogę się spytać o to samo Ciebie, Ivan.
Obserwowała mnie, podobnie jak ja . Od jej odpowiedzi milczeliśmy. Dzieląca nas odległość była naprawdę niewielka. Nie byłem w stanie określić tego, jak bardzo chciałem wykorzystać nadarzającą się okazję, jaka właśnie przede mną stała... Ale nie mogłem.
Musiałem zachęcić i odrobinka szczerości z mojej strony wydawała się jedynym dobrym wyjściem. Bardzo długo odpowiadałem jej wymijająco, nieprawdaż?
Kiedy mi „odpowiadała”, dlaczego to robi... Wiedziałem, że kryje się pod tym coś większego i to niekoniecznie dobrego... Jeszcze wyjaśnienie, dlaczego akurat on! Nie wiem, jak mocno musiał omamić, że pierdoliła takie głupoty...
- To i tak jest bez zobowiązania, dobrze razem się bawimy i dość długo się znamy...
Próbowałem zagłuszyć jej słowa, skupiając się na jej głosie. To, że się znają... To był idiotyczny argument. Równie dobrze mogłaby robić takie rzeczy ze mną, przecież też się znamy! No właśnie, Chloe, dlaczego tak nie robimy?
Mimo tego wszystkiego zestresowałem się, kiedy przyszła pora na mnie. Bo co, do jasnej anieli, mogłem jej powiedzieć?! Nadal byłem w dość trudnej sytuacji, mimo tego światełka w tunelu – przecież mogła mnie odrzucić w każdej chwili. Mogła wyśmiać, zrobić cokolwiek innego, tylko nie to, czego naprawdę chciałem. Jedyne, co chciałem to ona, w każdym aspekcie. Jej bliskość, sama obecność, były nieosiągalnymi dla mnie wyżynami...
Pod opuszkami palców czułem materiał okrywający jej ramiona; czułem na sobie jej dociekliwy wzrok.
Czekała.
Przecież jej obiecałem, że powiem. Nie wiem, jak prawdę przekręcę tak, żeby się nie domyśliła. Naprawdę nie wiem. Chcę dać jej znak, ale nie umiem jej go pokazać. Niedosłownie rzecz jasna.
Sam zapędziłem się w kozi róg.
- Uciekam - wyszeptałem, wewnętrznie się karcąc. Idioto, mogłeś wymyślić coś lepszego!
- Przed czym? - odruchowo przekląłem po chorwacku, na co spotkałem się z jej dezaprobatą. Zdecydowanie lubię sam sobie utrudniać moją marną egzystencję.
- Przed uczuciami - mówiąc to, powoli cofałem ręce. Nie chciałem przesadzać. - Przed zakazanymi uczuciami.
Chyba dałem jej to, czego tak na dobre chciała. Prawdę. Bo przecież uciekałem przed czymś dla mnie zakazanym.
Powiedziałem jej to, co sam chciałem przekazać, dlaczego więc się za to karcę?
Tak, pokazałem się jako ktoś gorszy od idioty – jako najzwyklejsza mameja, która jest największym tchórzem tego kontynentu. Pierdolę takie życie. No ale pokazałem siebie, nie mogę mieć sobie tego za złe. Ile można?
Momentalnie pożałowałem swojej poprzedniej myśli, a powód tego był naprawdę banalny: Jej. Kurwa. Idealna. Dłoń. Właśnie. Dotknęła. Mojego. Policzka. Gdyby jej usta nie były ułożone w podkówkę, a oczy smutne... Byłbym pieprzonym wygrywem.
Wróć.
Przecież nim byłem.
Kiedy dotknęła mojej twarzy poczułem się, jakby po mnie zgłosił się sam Real Madryt z miliardową propozycją i możliwością wygryzienia Ronaldo ze składu Królewskich. Albo jeszcze lepiej – poczułem szczęście. Prawdziwe szczęście.
Nie liczyłem, ile razy przez nią straciłem kontrolę nad sobą i swoim życiem. Ponownie pozwoliłem zawładnąć sobą jej małą osóbką. Znów nieświadomie mogła robić ze mną to, co chciała.
Jednak wszystko, co dobre, musi się skończyć spieprzyć przeze mnie. Z własnej ciekawości posunąłem się do takiego aktu debilizmu, że uciekła. Zostawiła mnie samego, rozjuszonego, pełnego jebanej nadziei, że i na mnie kiedyś przyjdzie czas szczęścia.
Odeszła, bo po prostu chciałem wiedzieć, kim jest ten gość, o którym zapomina w jego ramionach.
Minęła dłuższa chwila, nim ogarnąłem się na tyle, aby móc cokolwiek zrobić. A cel miałem jeden, w sumie łatwy do odgadnięcia: znaleźć i ponownie nakłonić do kolejnej porcji szczerości. Ewentualnie samemu zebrać się na odwagę i powiedzieć to wszystko. Nakłonić na porcję prawdy, na którą na dobrą sprawę nie zasługiwałem – w końcu sam miałem przed nią sekret. Tajemnicę, która dotyczyła własnie jej.
W środku jej nie było, trasa, jaką wykorzystałem przy pierwszych poszukiwaniach te nic nie przyniosła. Przecież nie mogła wyjść na zewnątrz – padał rzęsisty deszcz... Nie wiedziałem, gdzie mogła wsiąknąć.
W desperacji posunąłem się do „ostateczności”, jaką było wybranie jednego, na pozór zwykłego, numeru. Nie pamiętam, kiedy dokładnie zdobyłem ciąg cyferek, który należał do niej. Chyba było to wtedy, kiedy po raz milionowy zabrałem Philippowi telefon i po prostu się nim bawiłem. Zapisałem go, bo wiedziałem, że kiedyś mi się przyda, Cóż, nie spodziewałem się, że to „kiedyś” nadejdzie tak szybko.
Wybierałem numer dziewczyny. Raz, potem drugi... Przy trzecim w końcu odebrała.
- Chloe, gdzie Ty się podziewasz? Dlaczego uciekłaś? - głucha cisza. Westchnąłem ociężale, po raz kolejny dając cząsteczkę siebie. - Chloe, jesteś tam? Powiedz coś, martwię się o Ciebie.
To prawda. Bałem się o nią przez ten czas. Cholernie bardzo. Nigdy bym sobie nie wybaczył tego, że stało się jej coś, w dodatku przeze mnie. Bo to przecież przeze mnie uciekła...
Dlaczego przyznałem się jej do tego, że się o nią martwiłem? Dlaczego jednak los lubi sobie ze mnie kpić? Cóż, nigdy sobie na to nie odpowiedziałem. I zapewne nie odpowiem.


brawo, Bubu! jestem dumna 💕 obyś w czasie sezonu strzelał jeszcze więcej bramek (nawet z moim małym Bayernem)

trochę mi smutno, bo mało kto się odzywa pod komentarzami:( i ani widu ani słychu słowa odnośnie treści, tego, jak Was katuję i w ogóle:( #smutki

1 komentarz:

  1. Biedna Chloe :( Ivan musi się o nią postarać a nie się zamartwiać, niech działa! :D <3 Jestem całym serduszkiem za tym żeby im się poukładało.
    Nie smutaj Domka, ja czytam mimo że nie zawsze uda mi się zostawić komentarz :( <3
    Czekam na 12! :*

    OdpowiedzUsuń