poniedziałek, 11 grudnia 2017

Die Kontrolle - 02.

Henrik Bartsch: Wygrałem.
I co z tego, że niby „wygrałeś”? To w ogóle był jakiś konkurs? Przecież robisz to tylko po to, żeby mi dokopać. Tylko po to, aby mi pokazać, jak wielkim tchórzem jestem, bo nie jestem w stanie zawalczyć o swoje. Ona jest dla Ciebie zwykłą zdobyczą, którą zostawisz, jak inna suka zakręci Ci przed oczami tyłkiem...
Czytałem to słowo kilkanaście razy w środku nocy, byłem wtedy jeszcze w klubie. Tyle samo razy zbierałem się do tego, aby swoje myśli przerzucić na wiadomość zwrotną do niego, ale... nie. Nie będę się zachowywał jak szczeniak. Nie będę nim. Nie będę się zniżał do poziomu podłogi, to nie moje rewiry.
W domu też analizowałem to słowo literka po literce. Każda głoska była sztyletem prosto w serce. Myślałem, że to wszystko będzie miało inny finał. Cóż, nie po raz pierwszy się zawiodłem.
Miałem czym się zawieść? Przecież nie prosiłem jej, żeby go spławiła, ani nic w tym stylu. Mogłem obwiniać tylko i wyłącznie siebie, że jestem takim tchórzem i pozwalam sobie na coś takiego.
Odetchnąłem ciężej, odrzucając telefon z powrotem na kanapę. Wróciłem do domu... Na dobrą sprawę nie wiem kiedy. Bardzo możliwe, że dopiero nad ranem. Byłem sam – tę laskę z klubu odprawiłem z kwitkiem jak najszybciej się dało. Była niepocieszona, ale miałem to w dupie. Nie miałem głowy i tym bardziej ochoty na panienkę na jedną noc. Nie po tym, co zobaczyłem w tym cholernym klubie. Nie po tym, jak moja ostatnia nadzieja postanowiła ze sobą skończyć.
W głowie nieprzerwanie słyszałem jej śmiech, jej głos. Widziałem tam, przy tej pieprzonej barierce. Jej twarz ozdabiał delikatny uśmiech... Uśmiech, którego nie kierowała do mnie. Tylko do niego.
Przymknąłem powieki, mocno zaciskając palce na skroniach. Gdy to nie pomogło, obróciłem się z pleców na brzuch i tak kilka razy.
Boże, moja sytuacja jest gorsza niż żałosna.
Zasnąłem dopiero wczesnym porankiem, aczkolwiek i tak za długo nie mogłem nacieszyć się ucieczką do krainy Morfeusza. I to nie dlatego, że słabo spałem.
Znów mi się śniła.
Była szczęśliwa. Emanowała prawdziwym szczęściem, a nie tym, co wypełnia od dłuższego czasu. Jej oczy patrzyły się wprost na mnie, jej usta dotykały moich. Była tam moja, tylko i wyłącznie. Philipp nie miał nic przeciwko nam, ba, cieszył go taki obrót spraw. Oh, ile bym dał, żeby to miało miejsce w rzeczywistości.
Z jękiem obróciłem się na drugi bok, niechętnie wracając do świata rzeczywistego. Poleżałem jeszcze kilka(naście) minut, po czym leniwie zebrałem się w garść i podniosłem się z łóżka. Dwanaście minut po jedenastej, a ja już nie śpię po kolejnej trudnej nocy... Zapowiada się świetna niedziela.
Mo: Młody, i jak? - wyświetliło mi się w pasku powiadomień, kiedy przeglądałem Instagrama, mozolnie wciskając w siebie płatki na mleku.
Mo, znaczy się Moritz, to mój przyjaciel i powiernik... dosłownie wszystkiego. Wie wszystko o Chloe i całej sytuacji z nią związanej. Pokazywałem mu wiadomości od Bartscha, które go śmieszyły. Nie wiem, co go w nich bawiło, ale się nie zagłębiałem. Zazwyczaj wtedy walczyłem ze swoją frustracją.
Zachowywaliśmy się jak dwie stare baby plotkujące na osiedlu, ale wiedziałem, że mogę mu ufać. Wielokrotnie, wraz z Nono, próbował mnie przekonać do tego, abym wziął się w garść i spróbował, bo „co mi szkodzi”. A szkodzi...
Wiedziałem, że chodziło mu o kwestię Hercherowej. Wiedział też, że nie ruszę się z punktu wyjścia. Wolał się na mnie zawieść, niż odpuścić.
ja: dobrze wiesz, jak jest.
Mo: Jesteś kretynem, Kneza.
Mo: Ogarnąłbyś się i spróbował. Dlaczego nie jesteś w stanie się w końcu zebrać?
Właśnie. Dlaczego nie umiem się w końcu ogarnąć?
Może dlatego, że jestem w stanie przewidzieć, jak zareaguje Phil, kiedy mu powiem, że... że coś czuję do jego młodszej siostry? Bo może wie, jaki jestem? Bo może nasłuchałem się tego, w jaki sposób wypowiada się o niej?
Jeśli chodzi o Philippa jako o brata... Jest zaborczy. I to cholernie. Aczkolwiek nigdy nie słyszałem, jakoby powiedział o niej coś złego. Nigdy nie słyszałem, żeby się kłócili. Chloe to jego oczko w głowie, obchodzi się z nią jak z przysłowiowym jajkiem. Często przesadzał, ale nie dało mu się w tej kwestii przemówić do rozumu. Sam się o tym przekonałem, niejednokrotnie zwracając mu uwagę, że  ogranicza.
Ogólnie to chłopaki ostatnio mają ze mną przesrane, tak kolokwialnie mówiąc. Pod „ostatnio” kryje się ten czas, od kiedy w moim życiu pojawiła się Chloe. Zauważyłem, że się zmieniłem. Zresztą nie tylko ja to widziałem – wszyscy mi to powtarzali. Powoli wariuję, bo wiem, że nic nie zrobię. Bo nic dla niej nie znaczę, wie tylko, że istnieję.
Utraciłem część, jak nie większość, starego siebie – o wiele za często użalam się nad sobą, czego wcześniej nie można było o mnie powiedzieć.
Przestałem czerpać radość z gry w piłkę, kompletnie straciłem kontrolę nad sobą.

Miałem zobaczyć  jeszcze tego samego dnia, chociaż bardziej pasuje tu termin wieczór.
Philipp tego bezpośrednio nie powiedział, ale wiedziałem, że bez niej z domu się nie ruszy. A  raczej była w domu, bo Bartsch nic do mnie na razie nie pisał.
Czułem, jak narasta we mnie ogromna sprzeczność – chciałem i nie chciałem jej widzieć. Cieszyłem się na to „spotkanie”, jednocześnie czując się źle. Nie chciałem jej zobaczyć po tym, co działo się minionej nocy w klubie. Może doszło do czegoś więcej, kiedy mnie już nie było? Coś, czego nie powinienem wiedzieć? Coś, co na dobrą sprawę nie powinno mnie obchodzić... Ale ja tak nie umiem. Chloe nie jest mi obojętna, chociaż czasem chciałbym, żeby tak było. Żyłoby mi się wówczas o wiele łatwiej.
Ta gorsza część mnie tak bardzo spieszyła się, aby  ujrzeć, że z mieszkania wyszedłem na dobre pół godziny przed ustaloną godziną przybycia. W knajpce byłem pięć minut później.
Co za desperat.
Zająłem nasze stałe miejsce i czekałem. W głowie toczyłem walkę z samym sobą, jednocześnie szukając odpowiedzi na dwa oczywiste pytania.
Co mogło się dziać wtedy, kiedy już opuściłem lokal, bo nie mogłem pogodzić się z porażką? Dlaczego w ogóle się tam pojawiłem?
Na to drugie było mi w sumie łatwiej odpowiedzieć – gdybym nie przyszedł, byłoby ze mną jeszcze gorzej, niż teraz. Nie wiedziałbym przecież kompletnie nic. Ta gorsza część mnie użalałaby się jeszcze bardziej. Ale gdyby miało do czegoś dojść między Henrikiem a nią... Napisałby to, na pewno. Przecież musiałby się pochwalić zdobyczą.
Czyli nic niepożądanego się nie działo. Nie mogło.
Z letargu wyrwało mnie dopiero pojawienie się przyjaciela i jego siostry. Przywitałem się z nim po swojemu, a do Chloe wydukałem niemrawe „hej”.
Kiedy zobaczyłem... Cholera, jestem taką miernotą, broniąc się przed tym wszystkim. Najzwyklejszą ciotą, bojącej się ostatecznej porażki. Bo przecież lepiej w tajemnicy wzdychać, niż usłyszeć słowa odrzucenia, co nie?
Zachowywała się niepewnie, nieproszona nic nie mówiła. Wyglądała, jakby czegoś się obawiała. Przynajmniej w moim mniemaniu. Niby czego? Nic bym jej nie zrobił przecież. Tylko dyskretnie obserwowałem, czasem o wiele za dużo sobie wyobrażając. Nic więcej. To Bartsch gra tu tego złego...



dziś w notce nic nie będzie, bo nie żyję. XD

2 komentarze:

  1. Kneza taki nieśmiały i wgl...tak mi to do niego nie pasuje 😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeny jakie cudo ❤
    Zdecydowanie kochałam opowieść, ze strony Chole ale... To jednak ren drugi rozdział uświadomił mnie, że jednak ta strona będzie dla mnie jeszcze piękniejsza <333333
    To samo miałam z Hopeless i losing hope XD
    Emocje mężczyzn zdecydowanie są bardziej słodkie XDD może przez to, że przez większość swojego życia ukrywają je w sobie -.- xD
    Piekne ❤❤❤❤❤❤❤
    Buziaki :***"*

    OdpowiedzUsuń