czwartek, 15 marca 2018

Der Triumph - 17.

Ten dzień, pomimo wszystko, zaliczam do jednego z tych lepszych w moim życiu. W końcu zebrałem się w garść, dzięki czemu mogłem być tuż obok niej i czuć ciepło bijące od jej ciała, kiedy na kanapie u niej w domu oglądaliśmy filmy lecące w telewizji. Siedziała wtulona we mnie, a ja obejmowałem, co jakiś czas składając krótkie całusy na jej szyi, czy we włosach. Teraz, kiedy wiedziałem, że mogłem to robić, nie byłem w stanie się hamować. Nie narzekała, ani nic w ten deseń, także wykorzystywałem sytuację jak najbardziej się dało.
Humor zepsuł mi tylko Bartsch, który jeszcze w szpitalu raczył mnie uświadomić, że już jutro na stałe opuści Norymbergę. Powiadomił mnie także o przebiegu swojego planu – jutro poinformuje pannę Hercher o swoim wyjeździe, definitywnie kończąc ich znajomość. Ale po co pcha się na siłę, skoro on dla niej już nie istnieje? Skoro nigdy dla niej nie istniał i świetnie o tym wiedział?
Zdenerwował mnie jeszcze tym, że miał zawitać u Herchera. Po jaką cholerę? Dlatego musiałem działać sprawnie i zabrać stamtąd. Wolałbym nie myśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy się spotkali.
Wiszący na ścianie zegar wskazywał na godzinę dwunastą w nocy. Nastał kolejny dzień, bardzo ważny dla Chloe. Dziś przekraczała tę magiczną barierę dorosłości, do której na pewno się nie pchała. Rozumiałem , sam też tego nigdy nie chciałem. Odpowiedzialność to coś, co mnie przeraża, pewnie też. Przecież jest taka bojaźliwa...
- Wszystkiego najlepszego, Mała - wyszeptałem jej na ucho, po chwili wargami po raz enty dotykając jej skóry. - Niestety nie mam żadnych kwiatów, czy prezentu...
- Nie chcę prezentów - wtrąciła, gwałtownie się prostując. Uśmiechnęła się spłoszona, gdy nasze spojrzenia nawiązały kontakt. Przeniosła dłonie na moje policzki, które przez chwilę gładziła, po czym nachyliła się nade mną. - Jesteś tu, to największy prezent - po wypowiedzeniu ostatniego wyrazu pocałowała mnie.
Ja jej prezentem? Mój boże, ona jest niemożliwa.
Niedługo potem znów wróciliśmy do przerwanej przeze mnie czynności, jaką było udawanie, że oglądamy telewizję. W którymś momencie odleciałem w stronę krainy Morfeusza.
Kiedy się przebudziłem, nie czułem jej obok siebie, w przeciwieństwie do bólu szyi i pleców. Zasypianie na siedząco ma swoje minusy. Przestraszony rozejrzałem się dookoła, próbując zwalczyć myśl, że jednak wariuję, albo śnię i nadal jest dla mnie nieosiągalna.
To przecież miało miejsce w rzeczywistości, inaczej nie może być.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy zobaczyłem ją, stojącą tuż przy telewizorze, jednak ulga szybko zniknęła. Drżała. Coś się stało, na pewno. W dłoniach trzymała telefon, co tylko napędzało moje czarne myśli – mógł dzwonić ktoś ze szpitala, mówiąc, że Phil... Nie, to nie może się wydarzyć.
- Co się stało? Czemu płaczesz? - spytałem, kiedy tylko znalazłem się tuż obok niej. Starłem dłonią kilka słonych kropelek goszczących na jej policzku, a ta spojrzała się na mnie zapłakanym wzrokiem. Z automatu zrobiło mi się przykro. Nie chciałem, żeby płakała...
- Philipp... Nic nowego - wyszeptała łamiącym się głosem. Momentalnie zamknąłem w swoich ramionach. - Mam tylko go.
Masz także mnie, kochanie.
- Nie zostawi Cię, nie masz się czym martwić - ostatecznie nie wypowiedziałem swojej myśli na głos. Boże, jestem takim tchórzem.
- Łatwo Ci mówić... - wymamrotała, wtulając się we mnie.
- To mój przyjaciel, też jest dla mnie ważny. Ale wiem, że wyjdzie z tego - nie widzę innej opcji. - Dlaczego boisz się, że tak się nie stanie?
To pytanie chyba było jednym z najważniejszych, jakie kiedykolwiek zadałem. To po nim usłyszałem odpowiedź, dzięki której zrozumiałem jej strach.
Patrząc się na nich nie pomyślałbym, że w tak młodym wieku musieli zmierzyć się z taką tragedią. Nie wyobrażam sobie życia bez swoich rodziców, pomimo tego, że dzieli nas tak wiele kilometrów. Po prostu nie potrafię, a oni... zmagają się z tym codziennie.
Nigdy w życiu nie wziąłbym pod uwagę opcji, że Philipp byłby w stanie aż tak bardzo poświęcić się dla swojej siostry i podjąć się roli bycia jej prawnym opiekunem. Bo na pewno to zrobił, gdy umarła ich babcia, która opiekowała się nimi po śmierci starszych Hercherów. Naprawdę go podziwiam, nie znałem go od tej strony. Nie wiem, czy tuż po wkroczeniu w dorosłość byłbym w stanie zaopiekować się kimkolwiek. Sam ze sobą niekiedy sobie nie radzę, a co dopiero z dorastającą dziewczyną?
Każde wypowiedziane przez nią słowo było kolejnym sztyletem dla niej. Każde słowo bardzo bolało, dało się to usłyszeć bez problemu. Wspomnienia przeszłości dają jej same pesymistyczne obrazy, dlatego tak bardzo się o niego boi... Ale dopilnuję tego, aby już nigdy nie musiała niczego się obawiać. W końcu od czegoś jestem, prawda?
- Idziemy spać - zarządziłem, kiedy miałem pewność, że już się wypłakała i uspokoiła. Słyszałem jej miarowy oddech dobiegający z dołu. Nie usłyszałem jednak ani aprobaty, ani zaprzeczenia. Zerknąłem w dół. Zasnęła.
Odruchowo się uśmiechnąłem, delikatnie chwytając pod kolanami i jeszcze ostrożniej podnosząc się z kanapy, aby jej nie zbudzić. Miała za sobą ciężką rozmowę obfitującą w masę emocji, które najnormalniej w świecie wymęczyły.
Wdrapałem się po schodach, po chwili otwierając drzwi od jej pokoju. Trochę się namęczyłem, aby odkleić jej ręce od siebie, ale w końcu mi się udało. Krótko musnąłem jej usta, po czym znów znalazłem się przy parapecie, gdzie ostatnio siedziałem i przyglądałem się jej, gdy spała.
Od tamtego wieczoru minął miesiąc, może trochę więcej. Wtedy próbowałem się do niej zbliżyć, a teraz? Triumfowałem. Miałem dla siebie.
Nadal zastanawiało mnie, co kryło się pod „Jesteś tu, to największy prezent”, jakie usłyszałem tuż po wypowiedzeniu zbitki liter zwanych „życzeniami”. Nawiasem mówiąc, nigdy nie umiałem powiedzieć czegoś bardziej konkretnego poza standardowym „wszystkiego najlepszego”, ale do tej pory jakoś mi na tym nie zależało. Kiedy mówiłem jej te dwa, w sumie to trzy słowa, to poczułem się jak debil, który poszedł po linii najmniejszego oporu. Mogłem już się zebrać, ale zabrzmiałoby to co najmniej jak wymuszone, czego chciałem uniknąć. Muszę coś wykombinować na później, żeby jej to wynagrodzić.
W końcu i mnie ogarnęło zmęczenie. W sumie i mógłbym położyć się obok niej, łóżko miała wystarczająco duże, jednak wątpię, czy chciałaby ujrzeć mnie już z samego rana. Mozolnie podniosłem się z siedziska i ruszyłem w stronę sypialni Philippa. Chyba się nie obrazi, jeśli prześpię się u niego. W trakcie drogi z jej pokoju do drugiej sypialni zastanawiałem się, czy jest sens iść teraz pod prysznic i się przebrać, czy lepiej zrobić to wszystko rano.
W sumie koszulki już nie miałem, „zgubiłem” ją jeszcze w salonie, ale Chloe w ogóle to nie przeszkadzało, także mi tym bardziej. Po otwarciu drzwi do pomieszczenia podjąłem męską decyzję, jaką było rzucenie się na łóżko bez kąpieli. Szybko zmorzył mnie sen, w którym, nie po raz pierwszy, była obecna. Tam też triumfowałem.

2 komentarze:

  1. Ivan - Triumfator tego rozdziału, to pierwsza myśl na jaką wpadłam podczas czytania XD
    Ah, biedna Chloe, nawet w swoje urodziny nie może odciąć się od smutku, dobrze że chociaż ma jego <3 Oby sobie wszystko poukładała ;)
    Czekam niecierpliwie na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że nie triumfował czymś innym hehe 😈😈😈 XDDD
    Boże nie... Tego nie było! XDDDDDDDDDD
    Rozdział pikobelo manifik jak olłejs ❤
    Cud, miód, malinki ziom ❤
    Czekam na kolejny <3
    Buziaaaak 😘😘😘😘😘😘😘

    OdpowiedzUsuń